Minęły kolejne dwa tygodnie. Henryka działała po cichu, ale konsekwentnie i bez litości. Najpierw „przestawiła meble, żeby w domu była lepsza energia”, potem wymieniła pościel, twierdząc, że poprzedni kolor „wpędza człowieka w melancholię”. Z każdym kolejnym dniem Klara coraz bardziej czuła się jak intruz we własnym mieszkaniu. Nie malowała już wcale — odkąd teściowa zajęła jej pracownię, pędzle leżały nietknięte.
Pewnego wieczoru, gdy Eryk został dłużej w pracy, Henryka weszła do kuchni. Klara stała przy zlewie i zmywała naczynia. Teściowa usiadła naprzeciwko niej, splotła dłonie na stole i powiedziała spokojnym tonem:
— Musimy porozmawiać.
Klara milczała. Tylko dalej przecierała talerz.

— Widzę, że ciężko ci ze mną wytrzymać — ciągnęła Henryka. — Ale to minie. W końcu nauczysz się, jak być prawdziwą żoną. Eryk jest zbyt miękki, potrzebuje kobiety, która potrafi stworzyć dom. A ty… ty nadal żyjesz marzeniami i tym swoim malowaniem.
Klara zacisnęła palce na mokrym talerzu. Czuła, jak narasta w niej gniew.
— Henryko — odezwała się cicho, lecz stanowczo — to jest nasz dom. Mój i Eryka. Proszę, przestań się wtrącać.
— Och, znowu to samo. Wtrącam się, bo kocham syna. Gdybym tu nie przyjechała, żylibyście w kompletnym chaosie. Spójrz na siebie — ciągle zmęczona, bez energii. Tylko farby i płótna. A mężczyźnie takie rzeczy do szczęścia nie są potrzebne.
Klara odwróciła się gwałtownie i z hukiem odstawiła talerz na blat.
— Proszę mnie nie oceniać! — jej głos zadrżał. — Nie muszę być taka jak pani!
Henryka powoli podniosła się z krzesła.
— Słucham?
— Powiedziałam: dość. To mój dom.
Zapadła ciężka cisza. Po chwili trzasnęły drzwi od pokoju Henryki.
Wieczorem Eryk wrócił do mieszkania i zastał dwie kobiety siedzące osobno — jedną zapłakaną, drugą obrażoną i zimną jak kamień. Obie czekały, aż opowie się po którejś stronie.
Kompletnie się pogubił.
— Dziewczyny, uspokójcie się… To tylko drobiazgi…
— Drobiazgi?! — wykrzyknęły równocześnie.
Od tamtej chwili w domu zapanował chłodny rozejm. Klara zamykała się w sypialni, Henryka godzinami siedziała w salonie z robótką w rękach, a Eryk krążył między nimi, próbując udawać, że wszystko jeszcze można naprawić.
Ale pewnego dnia wszystko wreszcie eksplodowało.
W sobotę Klara zaprosiła swoją mamę, Luizę. Potrzebowała choć odrobiny ciepła i normalności. Eryk tylko bez przekonania skinął głową, a Henryka rzuciła z ironicznym uśmiechem:
— Wspaniale. W końcu zobaczę, kto nauczył cię prowadzić dom w taki sposób.
Gdy Luiza przyszła, napięcie było niemal namacalne. Kobiety wymieniły uprzejme, sztuczne uśmiechy.
— Macie bardzo przytulne mieszkanie — powiedziała Luiza, próbując rozluźnić atmosferę.
— Już nie tylko ich — odparła spokojnie Henryka. — Ja też tu mieszkam.
Klara pobladła.
Przy obiedzie rozmowa praktycznie się nie kleiła. Nawet Eryk milczał, bezmyślnie przesuwając ziemniaki po talerzu.
I wtedy wydarzyło się coś, co stało się początkiem końca.
Luiza wstała, żeby pomóc w kuchni, i przypadkiem strąciła filiżankę stojącą na brzegu stołu. Porcelana roztrzaskała się o podłogę.
— Ostrożnie! — krzyknęła Henryka. — To była moja ulubiona filiżanka!
— Bardzo przepraszam, ja niechcący…
Ale Henryka już nie słuchała.
— Teraz rozumiem, po kim Klara jest taka niezdarna! Wszystko niszczycie! Z was obu żadnego pożytku!
Klara zamarła.
A potem coś w niej ostatecznie pękło.
Zrobiła krok do przodu. Jej głos drżał, ale był wyraźny i mocny.
— Dosyć. Proszę wyjść. Dzisiaj.
Henryka cofnęła się z niedowierzaniem.
— Ty będziesz mnie wyrzucać?
— Tak. Bo to jest mój dom.
Eryk zerwał się z krzesła.
— Klara, poczekaj, nie rób tego…
— Nie, Eryk. Ja już dłużej nie mogę. Albo ona, albo ja.
Powietrze w mieszkaniu jakby zamarło. Cisza była tak ciężka, że słychać było tylko cichy stukot kaloryfera.
Henryka patrzyła wyłącznie na syna.
Eryk stał nieruchomo, kompletnie zagubiony. W końcu spuścił wzrok i powiedział cicho:
— Mamo… może powinnaś wrócić do siebie. Odpocząć trochę. Odwiedzimy cię później.
Na twarzy Henryki pojawił się szok, potem ból, a na końcu pustka.
Bez słowa poszła do pokoju i zaczęła się pakować. Nie zrobiła awantury. Nie rzuciła ani jednego wyrzutu.
Po prostu wyszła.
Kiedy drzwi zamknęły się za nią, Klara poczuła się tak, jakby przeszła przez burzę.
Luiza objęła córkę.
Eryk podszedł bliżej i wyszeptał:
— Przepraszam. Powinienem był postawić granice dużo wcześniej.
Klara tylko skinęła głową. Nie miała już łez.
Następnego dnia w mieszkaniu panowała dziwna, spokojna cisza. Po raz pierwszy od wielu tygodni słońce wpadało do środka bez ciężkich, bordowych zasłon. Klara zdjęła je rano i powiesiła swoje — jasne, lekkie, niemal przezroczyste.
Powietrze znów wydawało się świeże.
Wieczorem wyjęła jedno z płócien, ustawiła je na sztaludze i sięgnęła po pędzel.
Eryk podszedł do niej i delikatnie dotknął jej ramienia.
— Chcesz, żebym zamontował półkę na farby? Żebyś miała wszystko pod ręką?
Uśmiechnęła się lekko.
— Chcę.
I dopiero wtedy, gdy lampka rozświetliła białe płótno, Klara zrozumiała, że jej dom wreszcie znów należy do niej. Po raz pierwszy od dawna nie marzyła o ucieczce.







