— Mario, poczekaj… — głos Olka zadrżał, bo już wiedział, że rozmowa wymyka się spod kontroli. — Co znaczy „zniknęły”?
— To, co słyszysz! — wybuchnęła. — Cała kwota poszła na twoją mamusię! Na jej jubileusz, na jej „zasłużony odpoczynek”, na nowe sukienki i wyjazd nad morze! Gratulacje, Olku — jesteś idealnym synem. Ale jako mąż? Zero!
W słuchawce zapadła cisza. Po chwili usłyszała nerwowe chrząknięcie.
— Mario… posłuchaj. Chciałem ci powiedzieć, tylko nie zdążyłem. Mama poprosiła o pomoc, a ja pomyślałem, że później to jakoś nadrobimy.

— „Trochę pomocy”? — prychnęła gorzko. — Dwieście tysięcy to jest twoje „trochę”? Olek, to był nasz dom! Nasze plany! Oddałeś wszystko bez jednego słowa! Dlaczego? Bo ona poprosiła? Bo nie potrafiłeś odmówić?
Olek milczał. W tle słychać było muzykę i głosy ludzi — był w barze.
Maria poczuła, jak ściska ją w gardle.
— Wiesz co? Zostań tam. Z kolegami. Nie spiesz się z powrotem.
— Mario, proszę…
— Nie.
Rozłączyła się i rzuciła telefon na kanapę.
W pokoju zrobiło się nagle ciężko i cicho. Podeszła do okna. Miasto świeciło spokojnie, obojętnie, jakby nic się nie wydarzyło.
A w niej pulsowało jedno słowo: zdrada.
Całą noc nie zmrużyła oka. Wracały do niej rozmowy, jego usprawiedliwienia, uśmiechy, które wcześniej wydawały się zwyczajne. Teraz układały się w jeden, bolesny obraz.
O świcie podjęła decyzję.
Kiedy Olek wrócił, w domu pachniało kawą. Maria siedziała przy stole — ubrana, uczesana, spokojna. Zbyt spokojna. To go natychmiast zaniepokoiło.
— Mario…
— Siadaj — przerwała chłodno. — Chcę usłyszeć wszystko. Od początku. Ile, kiedy i dlaczego. I przede wszystkim — jak zamierzasz to naprawić.
Opuścił wzrok.
— Zawaliłem… wiem. Ale mama mówiła, że to jej jedyna szansa na wyjazd. Że jest chora, że…
— A ja? — przerwała mu cicho. — Ja się nie liczę? Nasze dzieci też nie? Nasz dom?
Olek otworzył usta, ale nie powiedział nic.
— Cały czas żyjesz jej życiem — mówiła dalej. — A nie swoim. A jeśli tak ma wyglądać twoje „małżeństwo”, to może powinieneś wrócić tam, gdzie jesteś naprawdę potrzebny. Do niej.
— Nie mów tak… nie chcę cię stracić.
— To zacznij coś robić. Bo cierpliwość też się kończy.
Usiadł ciężko, chowając twarz w dłoniach.
— Spróbuję odzyskać pieniądze.
Maria uśmiechnęła się krótko, bez radości.
— Odzyskać? Ona już je wydała. Rezerwacja, zaliczka, plany. Nic nie wróci.
Zapadła cisza.
Po chwili Olek powiedział cicho:
— Pojadę do niej. Porozmawiam.
— Jedź — odpowiedziała spokojnie. — Może przynajmniej zrozumiesz, jak to wygląda z drugiej strony.
Wrócił późnym wieczorem. Zmęczony, zgaszony, jakby ta rozmowa zabrała mu resztki pewności siebie.
— I co? — zapytała Maria.
— Odmówiła. Powiedziała, że pieniędzy nie odda. Że syn pomógł matce i tyle. Że żona powinna to zaakceptować.
Maria zamknęła na chwilę oczy.
— Czyli wszystko jasne.
— Przepraszam… — wyszeptał. — Nie wiem, jak do tego doszło.
— A ja wiem — odpowiedziała cicho. — Ty zawsze wybierasz ją.
Usiadł bez sił.
— Co teraz?
Maria wstała i spojrzała przez okno.
— Jutro jadę obejrzeć dom. Sama. Jeśli będzie dostępny, wpłacę zaliczkę. Z moich pieniędzy. Bo już nigdy nie dam ci do nich dostępu.
Nie odpowiedział. Nie zaprzeczył.
W domu zapadła ciężka cisza.
Za oknem gasło światło dnia.
Maria poczuła coś, czego dawno nie czuła — spokój. Nie pełen radości, ale czysty, uporządkowany.
Jakby wreszcie przestała tłumaczyć coś, co od początku nie miało sensu.







