Przez pierwsze sekundy nie mogła złapać oddechu. Oczy Grzegorza Holanda — czysto szare, niemal stalowe — patrzyły prosto na nią. Nie były już puste ani zagubione. Były świadome. Żywe.
Emilia cofnęła się gwałtownie, uderzając plecami w stolik z narzędziami. Metaliczny brzęk przeciął ciszę.
— Grzegorzu… — wyszeptała, nie wierząc własnym słowom. — Słyszy mnie pan?
Mrugnął powoli, jakby przez ciężką wodę. Usta drgnęły, ale nie wydobył się żaden dźwięk. Na monitorze skoczyło tętno.
Emilia odruchowo sięgnęła do panelu alarmowego. Zawahała się jednak — dłoń zawisła w powietrzu.
Jeśli wezwie lekarzy, wpadnie tu cały personel. I zabiorą jej go natychmiast. A ona… czuła, że to jej chwila.
Pochyliła się bliżej.

— Proszę spróbować coś powiedzieć. Tylko raz. Proszę.
Zamknął oczy, wziął nierówny, chrapliwy oddech, po czym wypuścił powietrze.
— Jak… długo? — wyszeptał.
Emilii pociemniało przed oczami. On pamiętał. Naprawdę pamiętał wszystko.
— Rok — odpowiedziała cicho. — Był pan w śpiączce dwanaście miesięcy.
Patrzył w sufit, jak w bezkresną pustkę.
— Powinni byli mnie zostawić — powiedział w końcu. — Dlaczego ja jeszcze żyję?
Emilia zacisnęła dłonie na krawędzi łóżka.
— Bo walczył pan — odparła. — Widziałam to. Każdego dnia. Nie pozwoliłam im się poddać.
Odwrócił głowę w jej stronę. Powoli, z wysiłkiem. Jego spojrzenie było coraz jaśniejsze, bardziej obecne.
— Ty… — wychrypiał. — Nie jesteś taka jak inni.
Policzki Emilii zapłonęły, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć.
W sali zrobiło się dziwnie cicho. Tylko monitor wybijał rytm powracającego życia.
Sięgnęła po telefon, ale Grzegorz nagle się napiął. Oczy rozszerzyły mu się, oddech stał się urywany.
— Nie wołaj ich — wyszeptał. — Oni… nie mogą się dowiedzieć.
Emilia zamarła.
— Co? Dlaczego?
Próbował się unieść, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Pomogła mu ostrożnie wrócić na poduszki.
— Nie trzymali mnie tu po to, żeby mnie leczyć — wydyszał. — Słyszałem ich rozmowy. Nocami. Myśleli, że nie reaguję.
W jej piersi coś się zacisnęło.
— Co pan słyszał?
— Chcieli mnie zlikwidować po wypadku — powiedział cicho. — Ale ktoś im przeszkodził. Udali, że jestem przypadkiem bez nadziei.
Wziął urywany oddech.
— Chodzi o firmę. Pieniądze. Udziały. Uznali, że jestem zagrożeniem.
Emilia usiadła na skraju łóżka. Przez moment miała wrażenie, że ściany się przesuwają.
— Ale pan żyje… obudził się pan. Można to wszystko wyjaśnić.
Odwrócił wzrok ku oknu, za którym migotał nocny deszcz.
— Nie wiem, komu mogę ufać — powiedział cicho. — Może nawet tobie nie.
Te słowa uderzyły ją mocniej, niż się spodziewała.
Wstała.
— W takim razie zadzwonię po lekarza. Musi pana zbadać.
Nagle chwycił jej nadgarstek. Jego uścisk był zaskakująco silny.
— Proszę. Nie teraz. Daj mi kilka godzin. Muszę zrozumieć, co się dzieje.
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Czujesz przecież, że coś tu nie gra.
Zawahała się. I powoli skinęła głową.
Tak. Czuła to od dawna. Ta klinika miała w sobie coś niepokojącego — ciszę zbyt głęboką, spojrzenia zbyt ostrożne, korytarze jakby zawsze nasłuchujące.
Zamknęła drzwi na klucz i wróciła do niego.
Pomogła mu usiąść. Poprosił o wodę. Gdy podała mu szklankę, ich palce na moment się zetknęły. Przez ciało Emilii przeszedł dziwny impuls — nie strach, nie litość, coś znacznie trudniejszego do nazwania.
— Muszę ci coś powiedzieć — odezwał się cicho. — O wypadku.
Zamilkła.
— To nie był przypadek. Ktoś zajechał mi drogę. I ta osoba… jest związana z tą kliniką.
Emilia pobladła.
— Jest pan pewien?
— Całkowicie. I jeśli dowiedzą się, że się obudziłem… dokończą to, co zaczęli.
Cisza zgęstniała.
Emilia cofnęła się w stronę drzwi.
— Mamy mało czasu — powiedziała w końcu. — Pomogę panu. Ale jeśli ktoś się dowie…
— Ufam ci — przerwał jej.
Te dwa słowa zawisły między nimi ciężej niż wszystkie poprzednie.
Godziny mijały w napięciu. Emilia podłączyła go do manualnego monitora, ukrywając sygnał przed systemem kliniki. Przyniosła ubrania. Grzegorz, z każdą minutą coraz bardziej przytomny, układał w głowie wydarzenia, łączył fakty, mówił coraz pewniej.
Za oknem deszcz nie ustawał, jakby noc sama nasłuchiwała.
Aż w końcu — za ścianą rozległy się kroki.
Emilia zamarła.
Ktoś zbliżał się do sali.
Grzegorz ścisnął jej dłoń.
— Za późno — wyszeptał. — Już wiedzą.
Klamka drgnęła.
I w szczelinę drzwi wlało się zimne światło korytarza…







