Kiedy wyszłam z kancelarii, ulica wydała mi się obca — zbyt jasna, zbyt głośna, jakby ktoś podkręcił świat do maksimum, a we mnie wszystko nagle ucichło. Stałam z torebką, w której miałam dokumenty i wizytówkę notariusza, nie wiedząc, czy wrócić do domu, czy zawrócić i zażądać zeszytu. Jakby ten zeszyt mógł wyjaśnić, dlaczego śmierć Dawida pozostawiła po sobie aż nazbyt czysty ślad.
Wieczorem jednak wróciłam do domu. Teraz przypominał muzeum czyjegoś życia. Na wieszaku wisiała jego marynarka, w popielniczce tkwiło niedopalone cygaro, na stole stał kubek z zaschniętym rantem kawy. Odruchowo otworzyłam dolną szufladę biurka. Zeszytu nie było. Została tylko starannie wytarta pustka — ślad, jakby ktoś niedawno go zabrał, nie zostawiając nawet drobiny kurzu.
Przypomniałam sobie spojrzenie notariusza. I nazwisko na przelewie. Logo niewielkiej kancelarii prawnej, w której — jak mówił Dawid — „zamykał stare sprawy”. Lira Fontan — to właśnie to nazwisko. Widziałam je w jego dokumentach w lutym. Wtedy powiedział, że to „do firmy”. Ale dlaczego pieniądze przyszły właśnie od niej?

Noc była długa. Próbowałam zasnąć, ale w głowie wciąż brzmiały słowa Piotra: „Tę część zdążył załatwić”. Jakby istniała jeszcze jakaś druga część. Taka, o której nie miałam prawa wiedzieć.
Następnego dnia pojechałam do Liry. Jej biuro mieściło się w starym budynku z odpadającym tynkiem, ale w środku wszystko było nowe — szkło, stal, ekspres do kawy błyszczący jak broń. Sekretarka zapytała, czy jestem umówiona. Odpowiedziałam cicho:
— Tak, na nazwisko pani Moren.
Po raz pierwszy wypowiedziałam na głos nazwisko po mężu — i poczułam, jak chłód przebiega mi po skórze.
Lira okazała się kobietą około czterdziestki, z krwistoczerwoną szminką i zbyt spokojnym spojrzeniem.
— Jest pani wdową po Dawidzie Morenie? — zapytała, jakby sprawdzała nie fakt, a moją odporność.
Skinęłam głową.
— Czyli chodzi o przelew? — doprecyzowała. — A może o dokumenty, których nie zdążył pani przekazać?
Poczułam, jak usuwa mi się grunt pod nogami. Wiedziała o dokumentach.
— Mam tylko jedno pytanie — powiedziałam. — Dlaczego pieniądze przyszły z pani konta?
Lira uśmiechnęła się lekko, niemal przepraszająco.
— Bo Dawid zlecił mi, bym je pani przekazała. W jego słowach była to „rekompensata za milczenie”. Ale proszę mi wierzyć, nie mam nic wspólnego z jego rodziną. To wyłącznie obowiązek prawny.
— Milczenie na jaki temat? — zapytałam ostro.
— O to lepiej zapytać jego syna — odpowiedziała, odwracając się do komputera.
— Przyszedł do mnie dwa dni przed śmiercią Dawida. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego.
W mojej głowie połączyły się dwa obrazy: chłodna kancelaria i szary zeszyt. Nitka spięła wszystkie punkty.
— To on zabrał zeszyt? — zapytałam.
Lira uniosła wzrok — tylko na ułamek sekundy, ale to wystarczyło.
Wyszłam, gdy słońce zdążyło już zblednąć. W domu wyjęłam stary notes Dawida, ten, w którym czasem zapisywał numery do wspólników. Na ostatnich stronach widniał zapis: „A33”, obok imię Piotra. Bez numeru telefonu. Tylko litera i liczba, jak kod.
Nie wytrzymałam — zadzwoniłam do niego.
— Czego chcesz? — jego głos był zmęczony, nie wrogi, raczej przeciążony.
— Chcę wiedzieć, co było w zeszycie.
Milczał chwilę, po czym powiedział:
— Lepiej nie wiedzieć. Czasem prawda robi więcej szkody niż kłamstwo. Ojciec nie chciał, żebyś w to wchodziła.
— Chciał, żebym żyła ze świadomością, że wszystko zostało kupione jednym przelewem? — zaśmiałam się, ale mój śmiech zabrzmiał słabo.
— Te pieniądze to ochrona — powiedział. — Nie podziękowanie. Ktoś groził ojcu. Nie wprost, ale się bał. I wszystko zapisał w tych notatkach. Próbowałem je zniszczyć — żeby cię nie wciągnęli.
— Kim są „oni”? — zapytałam.
— Firma, w której pracował przez ostatnie lata. Odkrył coś, czego nie powinien. Chciał się tym zająć po chorobie. Nie zdążył. — Westchnął. — Nie przyjeżdżaj już ani do Liry, ani do mnie. Po prostu wyjedź. Gdziekolwiek. To nie twoja sprawa.
Zamilkliśmy. Słyszałam jego oddech — szybki, nierówny, jak tuż przed zakończeniem rozmowy.
Godzinę później pakowałam torbę. To był instynkt, nie rozum. Cokolwiek znajdowało się w tym zeszycie, interesowało już nie tylko nas.
Na progu zauważyłam białą kopertę wsuniętą pod drzwi. Bez podpisu, bez znaczka.
W środku była kserokopia strony z szarego zeszytu. Pismo Dawida — znajome, lekko pochylone. Jedno zdanie:
„Jeśli to czytasz — znaczy, że Piotr nie dał rady. I teraz wszystko zależy od ciebie.”
Usiadłam na podłodze, kartka drżała mi w dłoniach. Na dole widniał numer konta. Ten sam firmowy, z którego przyszedł przelew.
Wtedy zrozumiałam: jego śmierć nie była przypadkiem.
I być może ktoś wciąż mnie obserwuje, czekając, czy podejmę tę grę.
Ale zamiast strachu poczułam spokojną determinację.
Znajdę ten zeszyt. Cały. Dowiem się, co w nim zapisał.
Bo jeśli całe moje życie można było wycenić jednym przelewem, to przynajmniej zakończenie wybiorę sama.
Spojrzałam przez okno — zapadał zmrok, miasto kurczyło się w wieczór. Gdzieś po drugiej stronie Wisły ktoś pewnie już zrozumiał, że koperta trafiła nie pod ten adres.
Ale teraz było za późno.
Historia dopiero się zaczęła.
I tylko ja mogę ją zakończyć.







