— Żeby być prawdziwą kobietą, brakuje ci tylko trzech rzeczy: porządku, figury i umiejętności trzymania języka za zębami — oznajmił Tomasz z uśmiechem, patrząc na kolegów. Anna zamarła z miską sałatki w dłoniach

INTERESSANTE GESCHICHTEN

— Po tym, co nam zaproponowałeś, i tak już nim nie jesteś.

W przedpokoju zapadła cisza.

Anna powoli wzięła telefon z rąk Marka.

Na ekranie otwarta była grupowa rozmowa. Pierwsze wiadomości pochodziły z czwartku.

Tomasz pisał, że „żony zaczynają sobie za dużo pozwalać”, a winni są sami mężczyźni, bo dają im prawo do dyskusji.

Robert odpowiadał żartami, podbijając temat.

Piotr od razu napisał, że u niego z Laurą obowiązki są podzielone po równo i obojgu to odpowiada.

Tomasz nie zamierzał jednak odpuszczać.

W sobotę pokażę wam, jak powinno to wyglądać. Anna przygotuje kolację, będzie wszystkich obsługiwać i ani razu mi nie odszczeknie.

Marek odpisał:

Skąd ta pewność?

Po chwili pojawiła się odpowiedź.

Przy gościach nie odważy się zrobić sceny. Poproście specjalnie kilka razy o dokładkę. Zobaczycie, jak szybko nauczy się siedzieć cicho.

Anna przewinęła ekran niżej.

Kolejna wiadomość sprawiła, że poczuła zimno.

Jeśli do końca wieczoru się nie złamie, Robert stawia mi whisky za trzysta złotych. Jeśli wybuchnie — płacę ja.

Przeczytała wszystko jeszcze raz.

Każde zdanie.

Każdy żart.

Każdy uśmiech ukryty między emotikonami.

Nagle zrozumiała, że dwa wieczory spędzone przy garnkach i niemal cały weekend poświęcony przygotowaniom nie były wyrazem wspólnego świętowania.

Były częścią zakładu.

Ona sama stała się nagrodą.

— Założyliście się… o mnie? — zapytała cicho.

— Daj spokój… To był tylko męski żart — odezwał się szybko Tomasz. — Nikt nie brał tego serio.

Anna spojrzała mu prosto w oczy.

— Czyli przez cały wieczór celowo mnie upokarzałeś?

— Niczego nie robiłem specjalnie.

Marek bez słowa przewinął rozmowę jeszcze niżej.

— Robiłeś. Rano pytałeś nawet, które teksty najszybciej wyprowadzą ją z równowagi.

Tomasz posłał mu mordercze spojrzenie.

— Zamknij się.

— Nie. Sam mówiłeś, że prawda jest najważniejsza.

W tym momencie z salonu wyszli Piotr i Robert.

Tym razem Robert już się nie uśmiechał.

— Anno… nie powinniśmy byli brać w tym udziału — powiedział Piotr.

Westchnął ciężko.

— Od razu napisałem, że to głupi pomysł. Ale mimo wszystko przyszedłem i nic ci nie powiedziałem. To był mój błąd.

Anna odwróciła się do Roberta.

— A ty?

Przez chwilę milczał.

— Myślałem, że Tomasz tylko się popisuje. O whisky… to prawda. Ale nie sądziłem…

— …że będziesz siedział i patrzył, jak długo dam radę znosić upokorzenia?

Robert spuścił wzrok.

— Nie sądziłem, że posunie się aż tak daleko.

— A gdzie według ciebie była granica? Przy komentarzach o bałaganie? O mojej figurze? Czy może przy tym, że powinnam nauczyć się milczeć?

Nie odpowiedział.

Nie potrafił.

Anna oddała telefon Markowi.

— Teraz wszystko rozumiem.

Sięgnęła po klamkę.

Tomasz złapał ją za nadgarstek.

— Dokąd idziesz? Jeszcze nie skończyliśmy.

— Puść mnie.

— Najpierw przestań udawać ofiarę. Sama przez cały wieczór odpowiadałaś złośliwościami.

— Bo przez cały wieczór mnie obrażałeś.

— Mogłaś po prostu siedzieć cicho.

Marek zdecydowanym ruchem odsunął jego rękę.

— Ty naprawdę uważasz, że problemem jest to, iż przegrałeś zakład?

— Nie wtrącaj się do mojej rodziny!

— Sam ją wyciągnąłeś na grupowy czat i zaprosiłeś nas, żebyśmy oglądali ten spektakl.

Tomasz zamilkł.

Nie znalazł żadnej odpowiedzi.

Po chwili spojrzał na Annę.

— Dobrze. Przesadziłem. Wróćmy do stołu. Dokończymy spokojnie wieczór, a później porozmawiamy sami.

Anna pokręciła głową.

— Ten wieczór już się skończył.

— Nie będziesz rządzić w moim domu.

Rozejrzała się powoli po przedpokoju.

— W naszym domu. Kupiliśmy go razem. Oboje spłacamy kredyt. Nie zapominaj o tym.

— Znowu łapiesz mnie za słówka.

— Nie. Po prostu zapamiętuję, jaki jesteś, kiedy wydaje ci się, że wszyscy stoją po twojej stronie.

Piotr pierwszy sięgnął po kurtkę.

— My wychodzimy.

— Siadajcie! — warknął Tomasz. — Nikt nie będzie wychodził przez kilka głupich wiadomości.

— Ja nie chcę już w tym uczestniczyć.

Marek również zaczął się ubierać.

Robert chwilę stał nieruchomo, po czym wyjął z torby butelkę whisky i postawił ją na komodzie.

— Zabierz ją.

— Nie.

— Nie jest mi potrzebna.

Robert spojrzał na niego chłodno.

— Właśnie dlatego jest twoja. Zakład przegrałeś.

— Ale przecież prawie godzinę milczała!

Anna zamknęła oczy.

Nawet teraz.

Nawet po wszystkim.

Najbardziej interesowało go to, kto wygrał zakład.

Nie to, co zrobił własnej żonie.

Robert bez słowa zabrał butelkę.

— W takim razie kupisz sobie własną.

Kilka chwil później drzwi zamknęły się za ostatnim z gości.

W salonie został tylko zastawiony stół, niedojedzone ciasto i stos brudnych talerzy.

Tomasz wszedł do kuchni, nalał sobie szklankę wody i z hukiem odstawił ją do zlewu.

— Zadowolona?

Anna spojrzała na niego spokojnie.

— Z czego?

— Zrobiłaś ze mnie idiotę przed kolegami.

— Nie. To ty zrobiłeś ze mnie służącą.

— Gdyby Marek nie wyciągnął telefonu, nikt niczego by nie zauważył.

— Ja zauważyłam.

Machnął ręką.

— Wszystko bierzesz do siebie. Faceci czasem zakładają się o głupoty.

— Moje upokorzenie to dla ciebie głupota?

— Chciałem tylko pokazać, że mam normalną rodzinę i że żona szanuje męża.

— Szacunku nie udowadnia się poniżaniem drugiego człowieka.

— Ty też mnie nie szanujesz! Wiecznie dyskutujesz, poprawiasz mnie i wypominasz, gdzie zostawiłem rzeczy.

— Bo zostawiasz wszędzie brudne naczynia, ubrania i śmieci, a później oskarżasz mnie o brak porządku.

Odwrócił się.

— Pogadamy, kiedy ci przejdzie.

— Nie.

Spojrzał na nią pytająco.

— Dzisiaj sam posprzątasz po swoich gościach.

— Niby dlaczego?

— Bo to był twój zakład. I właśnie go przegrałeś.

Prychnął.

— Nie licz na to. Rano sama wszystko pozmywasz, jak skończysz się obrażać.

Anna nie odpowiedziała.

Poszła do sypialni.

Po chwili wróciła z poduszką i kocem.

Położyła je na kanapie.

— Co ty robisz?

— Dzisiaj śpisz tutaj.

— Chyba żartujesz.

— Nie chcę spać obok człowieka, który urządza zakłady o to, ile upokorzeń wytrzymam.

— To także moja sypialnia.

— W takim razie ja przeniosę się do pokoju gościnnego.

— Anno!

Drzwi zamknęły się tuż przed jego nosem.


Następnego ranka stół wyglądał dokładnie tak samo.

Brudne talerze.

Puste półmiski.

Zaschnięte resztki jedzenia.

Tomasz spał na kanapie w ubraniu.

Obudził go dźwięk filiżanki.

Anna siedziała przy oknie z kawą i kawałkiem ciasta.

— Dlaczego tego nie posprzątałaś?

— Uprzedzałam cię.

— Wszystko zaschnie.

— Gąbka i płyn do naczyń są pod zlewem.

Podszedł do kuchni.

Spojrzał na stertę naczyń.

Zaklął pod nosem.

— To ty przygotowałaś tę kolację. Mogłaś od razu umyć.

— A ty specjalnie wysyłałeś mnie do kuchni, żeby wygrać zakład.

— Mówiłem już, że to był żart.

— A ja nie żartuję.

Demonstracyjnie zostawił wszystko tak, jak stało.

Anna umyła jedynie swoją filiżankę i wyszła do siostry.

Wróciła dopiero wieczorem.

Zapach kwaśniejącej sałatki unosił się w całym mieszkaniu.

— Nie mamy już czystych talerzy — oznajmił Tomasz.

— W szafce są jednorazowe.

— Naprawdę chcesz doprowadzić to do absurdu?

— Absurd zaczął się wtedy, gdy dorosły mężczyzna założył się o butelkę whisky, że nauczy własną żonę milczeć.

Wytrzymał jeszcze godzinę.

Potem odkręcił gorącą wodę i zaczął zmywać.

Co chwilę głośno rzucał sztućcami do zlewu, licząc, że Anna przyjdzie pomóc.

Nie przyszła.

Do północy kuchnia była czysta.


Nazajutrz Tomasz zachowywał się tak, jakby nic się nie wydarzyło.

Przy śniadaniu oznajmił:

— Wieczorem zaproszę chłopaków. Po męsku wszystko sobie wyjaśnimy.

— Nie.

Zmarszczył brwi.

— Dlaczego?

— Bo w naszym domu nie będzie już więcej takich przedstawień.

— Nie możesz mi zabraniać zapraszać kolegów.

— Mogę wymagać, żebyśmy takie rzeczy uzgadniali razem. Tak postępują ludzie, którzy wzajemnie się szanują.

— Znowu wykład.

— Nie. Nowa zasada.

— A jeśli mi się nie spodoba?

— Spotkaj się z nimi w kawiarni.

Trzasnął drzwiami.

Wieczorem rzeczywiście poszedł do kawiarni.

Wrócił sam.

Marek odmówił spotkania.

Piotr zasłonił się obowiązkami rodzinnymi.

Robert przyszedł tylko na chwilę i wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma już ochoty śmiać się z cudzych małżeństw.

Przez kolejne dni między Anną i Tomaszem panowała cisza.

Gotowała wyłącznie dla siebie.

Prała tylko swoje rzeczy.

Przestała zbierać jego ubrania z podłogi.

Na początku czekał, aż sama zmęczy się bałaganem.

Po tygodniu zabrakło mu czystych koszul.

Ulubiony kubek pokrył się zaschniętym osadem po kawie.

Przy kanapie rosła sterta skarpet.

— Nie da się tak żyć — mruknął.

— Zgadzam się. Posprzątaj po sobie.

— Nigdy wcześniej nie dzieliliśmy obowiązków.

— Wcześniej po prostu wykonywałam także twoją część. A ty postanowiłeś sprawdzić, jak długo będę to robić.

Nie odpowiedział.

Po raz pierwszy od dawna naprawdę nie miał nic na swoją obronę.

Kilka tygodni później Anna zaproponowała terapię małżeńską.

Nie po to, żeby wszystko magicznie naprawić.

Chciała jedynie przekonać się, czy po takim upokorzeniu da się jeszcze odbudować zaufanie.

Na pierwszym spotkaniu Tomasz długo przekonywał terapeutkę, że rozmowa na czacie była tylko „męską paplaniną”.

Specjalistka poprosiła go wtedy, by wyobraził sobie odwrotną sytuację.

Że to Anna zaprasza koleżanki i urządza zakład, ile drwin z jego wyglądu, zarobków i ambicji wytrzyma przy stole.

— To zupełnie co innego — odpowiedział odruchowo.

— Dlaczego?

Nie potrafił odpowiedzieć.

Minęły miesiące.

Nie stał się idealnym mężem.

Nie zniknęły wszystkie przyzwyczajenia.

Ale już nigdy więcej nie pozwolił sobie publicznie poniżyć żony.

Pewnego popołudnia Robert wpadł do nich na kawę.

Na stole stało ciasto z cukierni i trzy filiżanki.

Kiedy kawa się skończyła, Tomasz odruchowo spojrzał na Annę.

Ona tylko odwzajemniła spojrzenie.

Po chwili sam wstał, wziął dzbanek i poszedł do kuchni.

Robert uśmiechnął się.

— Nieźle cię wychowała.

Kiedyś Tomasz z pewnością odpowiedziałby żartem.

Tym razem tylko spokojnie odłożył dzbanek.

— Nie wychowała mnie.

Spojrzał na Annę.

— Po prostu zrozumiałem, że dorosły mężczyzna nie potrzebuje służącej.

Anna nic nie powiedziała.

Tym razem jej milczenie nie było ani oznaką strachu, ani przegraną w czyimś zakładzie.

Po prostu nie miała już nic do dodania.

Visited 96 times, 1 visit(s) today
Оцените статью
Добавить комментарий