— Amelia, powiedz mi, lubisz koty? — zapytała łagodnie Klara, patrząc rywalce prosto w oczy.
Amelia zamrugała.
— E… nie bardzo. Mam alergię.
— Jaka szkoda — westchnęła Klara z niespodziewanym współczuciem. — My mamy dwanaście. Wszystkie uratowane, z charakterem. Nie znoszą obcych.
— Dwanaście?! — Amelia aż poderwała się z miejsca. — Żartujesz sobie?!

Klara wzruszyła teatralnie ramionami.
— Dom jest duży, wszystkim starczy miejsca. Nawet śpią w jednym łóżku… z Markiem, kiedy jest w domu.
Marek pobladł.
— Klara! Przestań!
— Co? Tylko uprzedzam. Jeśli się tu wprowadzicie, koty będą zachwycone nowym zapachem. Zwłaszcza pan Borys. Oznacza wszystkich nowych gości. Tak uroczo, prawda?
Amelia zerwała się, ściskając torebkę przy piersi.
— To obrzydliwe! Nie mam zamiaru mieszkać w zoo!
Klara spojrzała na Marka z udanym współczuciem.
— No proszę, Marek. Ledwie zaczęliście wspólne życie, a już konflikty. Może opowiesz jej o sąsiadce, pani Lenon? Nadal pamięta, jak wyrzuciłeś sedes przez czwarte piętro, próbując udowodnić, że potrafisz robić remont.
Amelia zbladła.
— Co?!
Klara uśmiechnęła się szeroko, jakby prowadziła spokojny wykład.
— Wtedy postanowił oszczędzić na tragarzach. A potem przez tydzień się ukrywał, bo pani Lenon groziła policją. Ale nic to. Mamy wesołą ulicę. Tu każdy zna każdego, a plotki rozchodzą się szybciej niż młotki Marka, gdy nie trafia.
Marek zerwał się na nogi.
— Dość! Nie po to tu przyszliśmy!
— Prawda — odpowiedziała spokojnie Klara. — Przyszliście po swój „udział”. Zróbmy to porządnie. Zostawiam wam sofę — starą, skrzypiącą, ale rodzinną. I kilka kubków. Mogę dorzucić zestaw narzędzi, których i tak nigdy nie nauczyłeś się używać.
Amelia zacisnęła usta.
— To niedopuszczalne! Będziemy tu mieszkać!
Klara wstała.
— Świetnie. Przeżyjmy jedną noc razem. A jutro, gdy przyjadą moi studenci z wydziału designu na warsztaty, uprzedź ich, że jesteś eksponatem. Będą ćwiczyć odświeżanie wnętrz. Może i ciebie przemalują. Dla harmonii.
— Zwariowałaś! — syknął Marek.
Klara podeszła bliżej. Jej głos stał się miękki, niemal czuły.
— Nie. Po prostu przypomniałam sobie, kim jestem. I nie zamierzam już być tłem dla cudzych spektakli.
Amelia porwała płaszcz.
— Marek, nie zostanę tu ani chwili dłużej! Ona jest nienormalna!
Marek ruszył za nią, ale Klara zatrzymała go lekkim gestem dłoni.
— Dokąd to, mój rycerzu? — powiedziała spokojnie. — Nie zapomnij dokumentów od samochodu. A właśnie… też jest na mnie.
Zapadła cisza. Po chwili drzwi trzasnęły jak wystrzał.
Klara została sama. Czajnik ucichł, a w powietrzu zostało tylko ciche trzaskanie schnącego lakieru z sąsiedniego pokoju.
Przeszła powoli do pracowni, wzięła pędzel i wróciła do stołu. Lakier rozłożył się równo, posłusznie.
— I to by było na tyle — szepnęła, patrząc na odbicie lampy w świeżo wypolerowanym drewnie. — Zaczynam nowe życie. Bez pasożytów i kłamstw.
Wieczorem zaparzyła herbatę i otworzyła laptop. Powiadomienia z grupy działkowców zalały ekran.
„Jak idzie?” „Skończyłaś?” „Żyjesz?”
Klara uśmiechnęła się i napisała:
„Remont skończony. Zostało przewietrzyć.”
Nikt nie zrozumiał aluzji — jej to wystarczyło.
Tydzień później przyszedł list od Marka. Chaotyczny, pełen przeprosin i desperackich obietnic. Nie odpisała. Usunęła go jak niechciane powiadomienie.
Miesiąc później Klara otworzyła wystawę — instalację artystyczną pod tytułem „Ruiny miłości”. W centrum stał stół wypolerowany do połysku, a na nim dwa częściowo stopione porcelanowe kubki.
Podpis brzmiał:
„Kiedy duma kłamie o wieczności, rozum cicho parzy herbatę.”
— To prawdziwa historia? — zapytała kobieta w średnim wieku.
Klara uśmiechnęła się lekko.
— Oczywiście. Tylko role dawno się zmieniły. Każda z nas ma swoje zakończenie.
Pogładziła gładkie drewno blatu i przez chwilę miała wrażenie, że między nią a światem nie ma już żadnych przeszkód. Tylko powietrze, zapach świeżego lakieru i to ciche, niepodważalne uczucie wolności.







