Tomasz znieruchomiał, ściskając w dłoni pogniecioną paczkę serwetek. Klara otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, lecz słowa ugrzęzły jej w gardle. Dzieci, wyczuwając napięcie między dorosłymi, nagle ucichły i z niepewnością spoglądały raz na matkę, raz na Zofię.
— Makaron? — powtórzyła Klara, nie kryjąc niedowierzania. — Przyjechaliśmy tutaj na grilla!
— Ale przecież nie kupiliście mięsa — odparła spokojnie Zofia. — Nasze było zaplanowane na jutro, a może nawet na pojutrze. Za to makaronu wystarczy dla wszystkich. Będzie okazja, żeby wspólnie porozmawiać o oszczędzaniu.

Marek, dostrzegając błysk determinacji w oczach żony, natychmiast podchwycił temat.
— Dokładnie. A do tego herbata i sucharki. Zostały jeszcze z zeszłego roku. Klaro, na pewno ci posmakują. Są twarde, ale podobno świetnie hartują charakter.
Twarz Klary momentalnie pokryła się rumieńcem.
— Robisz to specjalnie! — syknęła, podchodząc bliżej. — Chcesz nas upokorzyć?
Zofia odłożyła szczypce na stolik i spojrzała jej prosto w oczy.
— Nie. Chcę tylko, żebyście choć raz zrozumieli, że cudza praca i wysiłek nie są czymś, co należy wam się z urzędu. Przychodzicie bez zaproszenia, z pustymi rękami, na czyjeś święto. To nie jest rodzinność. To zwykłe wykorzystywanie.
Tomasz zmarszczył czoło.
— Trochę ostre słowa, Zosiu.
— A jakie mam znaleźć? — odpowiedziała stanowczo. — Za każdym razem wygląda to tak samo. Korzystacie z naszego czasu, jedzenia, sprzętu, pomocy. Zachowujecie się tak, jakbyśmy byli zobowiązani zaspokajać wszystkie wasze potrzeby. A nie jesteśmy. Dzisiaj jest makaron. Jeśli wam nie odpowiada, nikt was tu nie zatrzymuje.
Nad ogrodem zapadła ciężka cisza. Jedynym dźwiękiem było ciche trzaskanie rozżarzonych węgli w grillu.
Marek stał tuż obok, gotów zareagować, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Jednak ku jego zaskoczeniu Klara cofnęła się o krok i uśmiechnęła się złośliwie.
— No proszę. Trzymasz fason — rzuciła z jadem. — Miasto całkiem cię zmieniło. Kiedyś byłaś serdeczniejsza, bardziej życzliwa ludziom.
— A teraz po prostu przestałam pozwalać innym na wykorzystywanie mojej życzliwości — odpowiedziała cicho Zofia.
Jedno z dzieci zaczęło popłakiwać, a zaraz potem dołączyło drugie.
Tomasz machnął ręką.
— Chodź, Klaro. Nie róbmy większej sceny.
Rzucił serwetki na stół i dodał:
— Chcieliśmy dobrze.
— Oczywiście — mruknęła Zofia. — Jak zawsze.
Klara bez słowa zebrała dzieci. Jedno marudziło, że obiecano mu mięso, drugie ze złością kopnęło stopniem schodów. Po chwili cała piątka ruszyła w stronę furtki, szurając butami po żwirowej ścieżce.
Furtka zatrzasnęła się z głuchym trzaskiem.
Przez kilka sekund panowała absolutna cisza.
Marek wypuścił powietrze z płuc.
— Nie oszczędzałaś ich.
Zofia potarła skronie i zmęczona oparła się o poręcz tarasu.
— Po prostu zrozumiałam, że jeśli nie postawimy granic, będą przychodzić w nieskończoność. Brać i brać, aż nie zostanie nam nic dla siebie.
Marek skinął głową.
Po chwili sięgnął po szpikulec, zdjął z niego kawałek pachnącego mięsa i podał go żonie.
— W takim razie może nie zamrażajmy go jednak.
Spojrzała na niego pytająco.
— To w końcu nasza rocznica.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Tylko we dwoje.
Usiedli przy stole. Węgle żarzyły się czerwonym blaskiem, a powietrze było przesiąknięte zapachem rozmarynu, przypraw i dymu. Po raz pierwszy od dawna cisza należała wyłącznie do nich.
— Myślisz, że się obrazili? — zapytał Marek, mieszając herbatę.
— Jeśli tak, to trudno. Obrażenie kiedyś minie. A może dzięki temu wreszcie zaznamy spokoju bez nieustannych wizyt i pretensji.
— Brzmi rozsądnie — uśmiechnął się.
Jedli powoli, obserwując, jak nad ogrodem zapada zmrok. Zofia poczuła nagle niezwykłą lekkość, jakby przez lata noszony ciężar spadł jej z ramion. Nie było już w niej złości ani napięcia. Pozostał jedynie spokój i satysfakcja z chwili, która naprawdę należała do nich.
Po pewnym czasie Marek wstał i zapalił lampki na werandzie.
— To co? Film?
— Oczywiście. Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Bez telefonów, bez niespodziewanych gości i bez Klary.
Roześmiał się.
— Umowa stoi.
— Dziś jesteśmy tylko my.
Kiedy ekran telewizora rozświetlił salon ciepłym światłem, Zofia jeszcze raz spojrzała przez okno. Za ogrodzeniem panowała ciemność. Nie było słychać kroków, dziecięcych krzyków ani narzekań.
Tylko świerszcze grały swój wieczorny koncert.
Uśmiechnęła się do siebie.
Cudze „trudne chwile” przestały być jej obowiązkiem. Po raz pierwszy od bardzo dawna mogła po prostu cieszyć się własnym życiem.
I właśnie tego wieczoru, siedząc obok męża, zrozumiała, że czasem najważniejszym aktem miłości wobec siebie jest powiedzenie jednego krótkiego słowa:
„Dość”.







