Spróbował kawałek mięsa, przeżuł powoli, jakby oceniał danie w finale kulinarnego programu, i po chwili mruknął:
— No… może być. Tylko trochę za suche. Ja wolę bardziej tłuste mięso.
I tyle.
Żadnego „pyszne”, żadnego „dziękuję”, nawet odrobiny zwykłego ludzkiego uznania dla tego, że ktoś spędził pół dnia przy garach. Tylko chłodny werdykt samozwańczego eksperta od wszystkiego.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
— Rozumiem. To może spróbujesz sałatki?

Marek skinął głową, nabrał trochę sałaty na widelec, przeżuł i skrzywił się teatralnie.
— A majonezu nie ma? Ja tych wszystkich oliw i fit dressingów nie rozumiem. Bez majonezu to przecież sama trawa.
I wtedy coś we mnie cicho pękło.
Nie chodziło już nawet o jedzenie. Chodziło o sposób, w jaki on to wszystko traktował. Jak coś oczywistego. Jak usługę, która mu się należy. Jakbym nie gotowała z sercem, tylko odrabiała dyżur w darmowym cateringu.
Ale najlepsze miało dopiero nadejść.
Po kolacji podałam herbatę i wyjęłam małe ciastka z dobrej cukierni. Marek od razu się ożywił.
— O, słodkie to ja szanuję. Zaraz sprawdzimy, czy warte swojej ceny.
Swojej ceny.
Nie „jakie dobre”, nie „świetny wybór”. Tylko analiza opłacalności deseru.
Wziął jedno ciastko, odgryzł połowę i zaczął filozofować:
— Ja w ogóle nie rozumiem ludzi, którzy tyle wydają na jedzenie. Ty pewnie z pięć stów dziś wydałaś. I po co? Żołądek wszystko trawi tak samo.
O mało nie zakrztusiłam się herbatą.
Facet siedział w moim domu, jadł moją kolację, pił moją herbatę i kończył moje ciastka, a jednocześnie wygłaszał wykład o bezsensownym wydawaniu pieniędzy.
A potem zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Marek rozsiadł się wygodnie na krześle, spojrzał na mnie uważnie i oznajmił tonem człowieka rozdającego nagrody:
— Wiesz co? Na żywo wyglądasz młodziej niż na zdjęciach. Myślałem, że jesteś starsza.
Prawie komplement.
— I figurę masz całkiem dobrą jak na swój wiek — ciągnął zadowolony z siebie. — Kobiety po czterdziestce zazwyczaj już się trochę… rozlewają.
Patrzyłam na niego i naprawdę nie mogłam uwierzyć, że on uważa to za coś miłego.
Ale apogeum przyszło chwilę później.
Przenieśliśmy się do salonu. Marek rozwalił się na kanapie jak u siebie, poklepał miejsce obok i rzucił z szerokim uśmiechem:
— No to co, gospodyni… odpracujemy tę kolację?
Przez moment nie dotarło do mnie, co właśnie usłyszałam.
— Słucham?
— Oj, daj spokój — prychnął. — Jesteśmy dorośli. Po co udawać świętą? Jak kobieta zaprasza faceta do domu i robi taki stół, to raczej liczy na dalszy ciąg.
I wtedy naprawdę mnie zalało.
Przede mną siedział pięćdziesięcioletni facet, który przyszedł z pustymi rękami, przez cały wieczór krytykował jedzenie, liczył moje wydatki, rzucał pseudo-komplementami, a teraz jeszcze sugerował, że jestem mu coś winna za własną gościnność.
I co najgorsze — mówił to całkowicie serio. Bez cienia zażenowania.
Wstałam.
— Marek, pora, żebyś już poszedł.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
— Naprawdę obraziłaś się o żart? Kobiety po czterdziestce chyba tracą poczucie humoru.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je szeroko.
— Dobranoc.
I wtedy padło zdanie, które dobiło całą tę groteskę.
— To chociaż zapakuj mi mięso do pudełka. Szkoda, żeby się zmarnowało.
Przysięgam, przez kilka sekund tylko na niego patrzyłam, próbując objąć rozumem skalę tej sytuacji.
Pięćdziesięcioletni mężczyzna. Inżynier. Wyprasowana koszula, wypolerowane buty, pewny siebie ton.
Przyszedł do kobiety z pustymi rękami. Zachowywał się cały wieczór jak recenzent taniego baru. Sugerował, że kolacja zobowiązuje do „ciągu dalszego”. A wychodząc, poprosił jeszcze o jedzenie na wynos.
Cicho zamknęłam za nim drzwi.
Potem wróciłam do kuchni, spojrzałam na resztki kolacji, nalałam sobie kieliszek wina i wybuchnęłam śmiechem.
Bo w pewnym momencie człowiek rozumie coś bardzo ważnego:
Samotność nie jest karą.
Karą są właśnie tacy Markowie, którzy całkowicie szczerze wierzą, że są dla kobiety nagrodą.







