Krystyna przez chwilę patrzyła na Michała, jakby nie dosłyszała jego słów. Potem zmrużyła oczy.
— Jak to… przepisać działkę? — zapytała powoli. — Ty chyba żartujesz.
Michał spokojnie zamknął notes.
— Nie żartuję. To zwykła gwarancja. Skoro Kacper jest tak pewny swojego biznesu, nie powinno to być dla was problemem.
Kacper prychnął.
— Moment. Dlaczego mamy ryzykować dom? Ja tylko proszę o kredyt.
— Właśnie dlatego — odpowiedział Michał. — Bo kredyt miałaby wziąć Ania. Jeśli go nie spłacisz, to ona zostanie z długiem. Dlatego potrzebne jest zabezpieczenie.
Jerzy, który do tej pory siedział cicho i coś przeżuwał, odchrząknął.

— W sumie… to ma sens — mruknął. — W interesach zawsze jest jakieś zabezpieczenie.
Krystyna obróciła się gwałtownie.
— Ty też zwariowałeś?!
Jerzy wzruszył ramionami.
— Mówię tylko, że chłopak ma rację.
Kacper już się nie uśmiechał.
— W rodzinie tak się nie robi — powiedział twardo. — Rodzinie się ufa.
— Zaufanie nie polega na tym, że ktoś bierze cudze pieniądze bez odpowiedzialności — odpowiedział spokojnie Michał.
— Właśnie — dodałam. — A jeśli twój biznes jest taki genialny, jak mówisz, to oddasz pieniądze w kilka miesięcy. Wtedy działka wróci do was.
Krystyna wstała gwałtownie od stołu.
— Nie dam żadnej działki! Chcecie nas oszukać!
Michał spojrzał na nią spokojnie.
— Nie chcemy niczego zabierać. Po prostu nie damy się wciągnąć w cudze ryzyko.
Na chwilę zapadła cisza. W kuchni słychać było tylko cichy szum lodówki.
Kacper zacisnął pięści.
— Czyli odmawiacie?
— Dajemy uczciwe warunki — odpowiedział Michał. — Decyzja należy do was.
Krystyna spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Aniu, naprawdę pozwolisz, żeby twój mąż tak traktował rodzinę? Myśmy zawsze byli dla ciebie dobrzy.
Uśmiechnęłam się lekko.
— Krystyno, byliście dla mnie tak dobrzy, jak ktoś jest dla bankomatu, który zawsze wypłaca pieniądze.
Jerzy parsknął śmiechem, choć próbował to ukryć.
Kacper uderzył dłonią w stół.
— Dobra, koniec tej farsy. Nie potrzebujemy waszych pieniędzy.
— Świetnie — powiedział Michał. — W takim razie sprawa jest zamknięta.
Wstałam od stołu.
Wtedy usłyszałam ciche miauczenie. Rudy kot znowu próbował podejść do miski z wodą.
Krystyna uniosła nogę, żeby go odepchnąć.
Michał był szybszy.
— Proszę go nie kopać — powiedział spokojnie.
Podniósł kota z podłogi. Zwierzę było lekkie jak piórko.
— Patrz, Aniu — powiedział cicho. — Ten kot waży chyba mniej niż torba z zakupami.
Kot wtulił się w jego ręce i cicho mruczał.
— Zabierzcie go sobie — warknęła Krystyna. — I tak tylko żre i śmierdzi.
Spojrzeliśmy na siebie z Michałem.
— Dobrze — powiedział. — Zabierzemy.
Jerzy odprowadził nas do drzwi.
— Dbajcie o niego — powiedział cicho. — Ja już nie mam siły się z nią kłócić.
Kiwnęłam głową.
— Zrobimy to.
Na klatce schodowej było chłodno i cicho. Michał trzymał kota w ramionach.
— No i po rodzinnej kolacji — powiedział z lekkim uśmiechem.
Westchnęłam.
— Myślisz, że będą jeszcze dzwonić?
— Możliwe — odparł. — Ale teraz już wiesz, co powiedzieć.
Zatrzymałam się na chwilę na schodach.
— Wiesz co? Pierwszy raz w życiu nie czuję się winna.
Michał spojrzał na mnie uważnie.
— Bo pierwszy raz powiedziałaś „nie” naprawdę.
Kot cicho zamruczał.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, powietrze było chłodne, ale świeże. Poczułam dziwne uczucie lekkości, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki plecak, który nosiłam przez lata.
Michał otworzył drzwi samochodu.
— Jedziemy do domu — powiedział.
Usiadłam obok niego, a kot ułożył się spokojnie na moich kolanach.
Silnik zamruczał, a my ruszyliśmy w noc.
I wtedy zrozumiałam coś bardzo prostego: czasem jedno zdanie wystarczy, żeby oddzielić rodzinę od ludzi, którzy tylko udają, że nią są.







