Marek Kowalczyk nie zmarnował ani sekundy. Zbiegł po schodach, a jego kierowca już czekał z włączonym silnikiem.
— Jedziemy pod adres tej kobiety. Natychmiast wezwijcie pogotowie — rozkazał krótko. — Jeśli drzwi będą zamknięte, wyważymy je.
Samochód ruszył gwałtownie przez miasto. Kowalczyk trzymał w ręku telefon i jeszcze raz czytał wiadomość. Z każdą chwilą narastała w nim złość. Nie dlatego, że przerwano mu ważne spotkanie, lecz dlatego, że jego pracownik zostawił ciężarną żonę samą w tak dramatycznej sytuacji.
Tymczasem Anna ledwo była przytomna. Skurcze pojawiały się coraz częściej. Próbowała oddychać głęboko, tak jak uczyła się na zajęciach dla przyszłych matek, ale ból odbierał jej siły.
— Proszę… niech ktoś przyjdzie… — wyszeptała, opierając głowę o podłogę.
Telefon leżał obok niej, ale nie miała już siły po niego sięgnąć.

Po dwudziestu minutach samochód Kowalczyka gwałtownie zatrzymał się przed blokiem. Dwóch pracowników ochrony czekało przy wejściu.
— Czwarte piętro, mieszkanie siedemnaście — wskazał jeden z nich.
Kowalczyk niemal wbiegł po schodach. Pod drzwiami mieszkania słychać było cichy jęk.
— Pani Anno! — zawołał. — Słyszy mnie pani?
Odpowiedział mu słaby jęk.
— Wyważcie drzwi!
Jeden z ochroniarzy uderzył ramieniem, ale drzwi nawet nie drgnęły. Drugi wyjął metalowy łom i wsunął go przy zamku. Po kilku sekundach rozległ się głośny trzask.
Drzwi ustąpiły.
Kowalczyk wszedł pierwszy.
Anna leżała na podłodze w przedpokoju, blada, z włosami przyklejonymi do czoła. Trzymała się za brzuch i drżała.
— Spokojnie, już jesteśmy — powiedział szybko, klękając obok niej.
Kobieta z trudem otworzyła oczy.
— Michał…?
— Nie. Kowalczyk. Dyrektor twojego męża. Pogotowie już jedzie.
Anna zamknęła oczy na chwilę, jakby z ulgą.
— Myślałam… że nikt nie przyjdzie…
— Wszystko będzie dobrze.
W tym momencie na ulicy rozległ się dźwięk syreny. Ratownicy wbiegli do mieszkania z noszami.
— Poród już się zaczyna — powiedział jeden z nich po krótkim spojrzeniu. — Musimy jechać natychmiast.
Ostrożnie podnieśli Annę i znieśli ją do karetki. Kowalczyk wsiadł bez wahania razem z nimi.
W szpitalu lekarze od razu zabrali kobietę na oddział porodowy. Drzwi się zamknęły, a Kowalczyk został na korytarzu.
Minęła godzina. Potem druga.
W tym czasie próbował jeszcze kilka razy dodzwonić się do Michała Nowaka. Telefon wciąż był wyłączony.
Wreszcie drzwi się otworzyły. Na korytarz wyszła lekarka w maseczce.
— Kto jest z rodziną pani Anny?
— Ja — odpowiedział Kowalczyk.
Lekarka uśmiechnęła się lekko.
— Wszystko w porządku. Urodziła bliźnięta. Dwóch zdrowych chłopców.
Kowalczyk odetchnął głęboko.
— A ona?
— Jest bardzo zmęczona, ale wszystko przebiegło dobrze.
Po kilku minutach pozwolono mu wejść do sali.
Anna leżała blada, ale spokojna. Obok niej, w małych łóżeczkach, spały dwa maleństwa.
Gdy go zobaczyła, uśmiechnęła się słabo.
— Pan… został…
— Oczywiście.
Spojrzała na dzieci, a w jej oczach pojawiły się łzy.
— Gdyby pan nie przyjechał…
— Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.
W tej chwili telefon Kowalczyka zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię: Michał Nowak.
Dyrektor wyszedł na korytarz i odebrał.
— Panie dyrektorze… ja… — zaczął niepewnie Michał.
— Wiem, gdzie byłeś — przerwał mu zimno Kowalczyk. — W ośrodku Laguna.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Twoja żona urodziła godzinę temu. Leżała sama na podłodze za zamkniętymi drzwiami.
— Co? Ja… ja nie wiedziałem…
— Nie wiedziałeś, bo byłeś zajęty czymś innym.
Milczenie trwało dłuższą chwilę.
— Jeśli masz choć trochę odwagi, przyjedź do szpitala.
Kowalczyk zakończył rozmowę.
Gdy wrócił do sali, Anna już spała, wyczerpana. Dwa małe chłopce oddychały spokojnie w łóżeczkach.
Kowalczyk stał przez chwilę w ciszy, patrząc na nich.
I właśnie wtedy podjął decyzję.
Nazajutrz Michał Nowak przestał być menedżerem w jego firmie.
A Anna już nigdy nie była całkiem sama.







