Anna przez chwilę stała w progu, opierając dłoń o futrynę. Mroźne powietrze szczypało ją w policzki, ale to nie ono było powodem drżenia.
— Czego ode mnie chcesz, Pawle? — zapytała cicho. — Przyjechałeś tylko powiedzieć „dziękuję”?
Paweł zawahał się. Po chwili zdjął płaszcz i delikatnie narzucił go na jej ramiona, jakby obawiał się, że jednym nieostrożnym gestem może ją spłoszyć.
— Nie tylko. Przyjechałem, bo nie potrafię dalej żyć, udając, że nic się nie wydarzyło. Przez cały ten miesiąc myślałem o tobie. O kobiecie, która, nie znając mnie, zatrzymała się i zrobiła coś, na co inni nie zdobyli się nigdy.

Anna uśmiechnęła się krzywo.
— Nie rób ze mnie bohaterki. Leżałeś przy drodze. Każdy porządny człowiek by się zatrzymał.
— Nie każdy — odparł spokojnie. — A już na pewno nie ktoś w siódmym miesiącu ciąży, bez pieniędzy i bez wsparcia. Nie musiałaś tego robić. A jednak zrobiłaś.
Odwróciła wzrok. W brzuchu poczuła delikatny ruch — znajomy, kojący. Paweł zauważył to, spojrzał odruchowo, po czym szybko znów podniósł oczy.
— Nie chcę stawiać cię w niezręcznej sytuacji — dodał. — Niczego nie oczekuję. Chcę tylko… pomóc. Jeśli mi pozwolisz.
— Pomóc? — prychnęła. — W jaki sposób? Pieniędzmi?
— Jeśli będzie trzeba — tak. Ale nie tylko. Chcę być obok. Chcę mieć pewność, że nie jesteś sama.
To słowo ukłuło boleśniej, niż była gotowa przyznać. Sama. Dokładnie tak czuła się od miesięcy.
— Ojciec dziecka zniknął — powiedziała po chwili. — Andrzej nie chciał brać odpowiedzialności. Nie liczę na nikogo. I nie potrzebuję litości.
— To nie litość — zaprzeczył. — To wdzięczność i szacunek. A reszta… to kwestia czasu. Jeśli dasz mi szansę.
Zapadła cisza. Z dołu dobiegał cichy pomruk silnika luksusowego samochodu, jakby przypominał, że Paweł pochodzi z zupełnie innego świata. A jednak w tej chwili wydawał się po prostu zagubiony.
— Wejdź — powiedziała w końcu Anna. — Zimno.
Pokój był niewielki, skromny, ale schludny. Paweł rozejrzał się bez cienia oceny. Zauważył nierozłożone łóżeczko w kącie i maleńkie ubranka starannie ułożone na krześle.
— Wszystko przygotowałaś sama — powiedział cicho.
— Nie miałam innego wyjścia.
Podszedł do łóżeczka i dotknął jednego z elementów ostrożnie, niemal z czcią.
— Mogę pomóc je złożyć — zaproponował. — Jeśli chcesz.
Anna skinęła głową, zaskoczona, jak bardzo w tej chwili potrzebowała czyjejś obecności.
Tego wieczoru rozmawiali długo. Paweł opowiadał o wypadku, o pustce, jaką poczuł po odzyskaniu pamięci — mimo pieniędzy i ludzi wokół. Anna mówiła o strachu, zmęczeniu, o Andrzeju i o tym, jak trudno jest nie mieć nikogo, na kim można się oprzeć. Bez obietnic. Bez wielkich słów.
Kiedy Paweł wychodził, było już późno.
— Jeśli pozwolisz, odezwę się — powiedział w drzwiach.
— Zobaczymy — odparła Anna. — Ale… dziękuję, że przyjechałeś.
Dwa tygodnie później, w środku nocy, zaczęły się skurcze. Anna wezwała karetkę. Czekając, sama nie wiedząc dlaczego, wybrała jeszcze jeden numer.
Paweł pojawił się w szpitalu szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Siedział na korytarzu, nerwowo splatając palce, jakby to on miał za chwilę rodzić.
Gdy pielęgniarka wyszła z sali z uśmiechem, poczuł, jak serce wraca mu na właściwy rytm.
— Zdrowa dziewczynka — powiedziała. — Mama też ma się dobrze.
Anna zobaczyła go później — zmęczonego, z potarganymi włosami i niepewnym uśmiechem.
— Przyszedłeś — wyszeptała.
— Obiecałem, że nie będziesz sama.
Spojrzała na córkę, potem na niego.
— Nie wiem, co będzie dalej, Pawle. Nie wiem, czy potrafię zaufać.
— Ja też nie wiem — odpowiedział szczerze. — Ale wiem, że chcę spróbować. Bez pośpiechu. Krok po kroku.
Anna zamknęła oczy. Po chwili lekko skinęła głową.
— Zostań. Na razie… po prostu zostań.
I po raz pierwszy od bardzo dawna przyszłość nie wydawała się już tak przerażająca.







