Elizabeth poczuła, jak jej serce bije nierówno, ale każdy jej ruch pozostawał pod ścisłą kontrolą. Na twarzy nie drgnął jej żaden mięsień, choć w środku szalała burza. Daniel czekał na odpowiedź, Thomas wiercił się niespokojnie w fotelu, a w powietrzu gęstym od podejrzeń wisiała cisza.
— Tak — powtórzyła powoli, wyraźnie akcentując każdą sylabę. — I nie tylko mi odpowiada. Czasem przypomina mi rzeczy, o których wolałabym zapomnieć.

Daniel podniósł wzrok znad notesu i przez kilka długich sekund wpatrywał się w nią w milczeniu. Nie było to zwykłe spojrzenie — raczej próba przeniknięcia poza słowa.
— A te rzeczy… czy wiążą się z osobami z pani przeszłości?
Elizabeth odchyliła głowę, opierając się wygodniej o oparcie fotela. Jej uśmiech był krótki i ostry.
— Och, tak. Bardzo. Czasem przeszłość nie umiera, panie doktorze. Tylko zmienia ubranie i znów puka do drzwi.
Thomas nerwowo przeczesał włosy palcami.
— Mamo, proszę… — w jego głosie brzmiała frustracja wymieszana ze wstydem. — To nie czas na dramatyzowanie.
— Dramatyzuję? — przerwała mu, zwracając się w jego stronę. — Myślisz, że to teatr, Thomas? Myślisz, że nie widzę, jak już wyobrażasz sobie ten apartament jako swój?
Daniel uniósł rękę w spokojnym, lecz stanowczym geście.
— Elizabeth, nie rozmawiamy tu o nieruchomościach. Chcę tylko zrozumieć, co pani czuje.
— Co czuję? — wybuchła, po czym obniżyła głos do lodowatego szeptu. — Czuję, że siedzi przede mną dwóch mężczyzn, którzy powinni być moją rodziną. A jednak jeden nigdy mnie nie poznał, a drugi… zapomniał, kim jestem.
Zapadła cisza. Thomas patrzył na nią z niepokojem niemal dziecka, Daniel zaś skrzyżował ramiona.
— Interesujące — odezwał się w końcu. — W psychologii można by to nazwać projekcją: przypisuje nam pani to, co kiedyś panią zraniło.
Elizabeth również skrzyżowała ramiona.
— A może rzeczywistość jest dokładnie tym, na co wygląda, doktorze. Może to żadna projekcja. Może jest pan po prostu tym samym człowiekiem, który pewnego dnia odszedł, a teraz wrócił, by stawiać diagnozy.
Oczy Daniela lekko się zwęziły, ale nic nie powiedział. Zanotował tylko coś w notesie.
— Mamo… — zaczął Thomas, lecz Elizabeth powstrzymała go spojrzeniem.
— Nie, Thomas. Teraz ja zadaję pytania.
Jej głos, gdy zwróciła się do Daniela, był ostry, lecz opanowany.
— Proszę mi powiedzieć, panie Richard, czy uważa pan, że matkę można uznać za „niezdolną” tylko dlatego, że nie chce oddać domu, w którym wychowała swoje dziecko?
— To zależy — odparł bez wahania. — Od tego, czy to przywiązanie nie zaburza jej osądu i czy nie zagraża jej bezpieczeństwu.
— Moje bezpieczeństwo nie jest zagrożone przez te ściany — powiedziała. — Tylko przez ludzi, których przez te drzwi wpuszczam.
Thomas gwałtownie wstał.
— Myślę, że na dziś wystarczy.
— Jeszcze nie — powiedział Daniel, nie odrywając od niej wzroku. — Elizabeth, wspomniała pani, że przeszłość wraca. Proszę mi opowiedzieć… jak ten „ktoś” wyszedł po chleb?
Elizabeth zamknęła na moment oczy. Wrócił zapach deszczu i odgłos kroków na mokrym bruku.
— Pewnego październikowego poranka — zaczęła cicho — powiedział, że wychodzi tylko na chwilę. Kawa stała jeszcze na stole. Już nie wrócił. Dowiedziałam się od innych, że zamieszkał z kimś innym.
Thomas zerknął to na matkę, to na Daniela.
— Mamo, to nie ma nic wspólnego z…
— Ma wszystko wspólne — przerwała mu. — Bo ten mężczyzna teraz siedzi przede mną z notesem i ocenia moje „zdolności”.
Daniel lekko przygryzł dolną wargę, niemal niezauważalnie.
— Rozumiem. A jak się pani wtedy poczuła?
Elizabeth pochyliła się do przodu.
— Jakby wyrwano mi pół życia. A drugą połowę… musiałam zamknąć w szufladzie.
Znów zapadła cisza. Daniel powoli zamknął notes.
— Myślę, że na dziś wystarczy — powiedział, ale w jego głosie brzmiał cień czegoś więcej — może żalu, może wahania.
Thomas westchnął z ulgą.
— Dziękujemy, panie doktorze. Skontaktujemy się.
Elizabeth pozostała na miejscu. Obserwowała ich, gdy szli ku drzwiom.
Przed wyjściem Daniel zatrzymał się i spojrzał jej prosto w oczy.
— Elizabeth… wspomnienia nie zawsze są wierne. Czasem ludzie pamiętają tylko to, co są w stanie unieść.
Drzwi zamknęły się powoli, a w mieszkaniu została gęsta pustka. Elizabeth podeszła do okna i spojrzała na ulicę. Na rogu chodnika Daniel przez moment stał nieruchomo, po czym ruszył za Thomasem.
— Do zobaczenia wkrótce, panie doktorze — szepnęła do siebie. — I wtedy zagramy według moich zasad.
W salonie zegar odmierzał czas powolnym tykaniem. Elizabeth wiedziała, że ta gra dopiero się zaczęła. I że nie może jej przegrać.







