Czy na pewno zamierzasz wychodzić w taką pogodę? — Maria Romanowna, owinięta starą, ale ciepłą chustą, spokojnie wyszła na ganek, zasłaniając drzwi przed podmuchami wiatru.

— A dokąd mam pójść? Oczywiście, do miasta! — odpowiedziała Nina Siergiejewna, nie odwracając się, pchając do bagażnika ostatnie torby. — Zima tuż za rogiem, tutaj już nic nie ma do roboty.
Ciężkie chmury zakryły ponure niebo, a przenikliwy wiatr wiał zimne powietrze z zapachem nadchodzącej zimy. Większość działkowiczów dawno wróciła do swoich ciepłych mieszkań, zostawiając domy na wsi do wiosny. Ale nie Maria Romanowna. Już przyzwyczaiła się do ciszy i spokojnego rytmu życia wśród natury, szczególnie w okresie przejściowym.
Nina Siergiejewna, kobieta z miasta do szpiku kości, przyjeżdżała tu tylko latem. Teraz spieszyła się, żeby wyjechać, a u jej nóg kręciła się szara kotka o imieniu Busia — zwykła, podwórkowa, którą zabrała latem. Zwierzę łasiło się, wyraźnie wyczuwając nadchodzącą zmianę.
— A co zamierzasz zrobić z Busią? — zapytała cicho Maria Romanowna, patrząc na kotkę.
— A co z nią? Niech zostaje, — odparła, nie podnosząc wzroku. — Jakoś sobie poradzi. Wiosną się zobaczymy, jeśli będziemy miały szczęście.
Maria Romanowna zastygła. Jej serce ścisnęło się od takiej zimnej bezduszności.
— Jesteś przy zdrowych zmysłach, Nina? Przecież ona sama nie przeżyje! — jej głos przełamał się na krzyk.
— Ojej, no co tam, kotka! — Nina wzgardliwie parsknęła. — Tu pełno takich. Jedna więcej, jedna mniej — to nie wielka strata.
Busia, jakby rozumiejąc, o czym mówią, żałośnie zamiauczała. Nina skrzywiła się:
— Nie ma czasu na sentymenty. Chcesz, zabierz, nie chcesz — twoja sprawa. Ostrzegłam.
Dźwięk zamykającego się bagażnika zlewał się z rykiem silnika. Samochód odjechał, zostawiając po sobie szare chmurki spalin i gorzki posmak słów: „Jeśli przeżyje…”. Kotka została przy drodze, bezradnie patrząc za odjeżdżającym pojazdem. Nie rozumiała, co się dzieje.
— No co ty, głuptasie… — westchnęła Maria Romanowna. — Chodź ze mną. U mnie będzie ciepło, a mleczko się znajdzie.
Busia niepewnie spojrzała na kobietę, ale potem ostrożnie podeszła. Tak w domu Marii Romanowny pojawiła się kolejna dusza.
Zima była surowa: wiatr wył, okna pokryły się szronem, a zaspy sięgały parapetów. Jednak w domu było ciepło i przytulnie. Busia szybko się zadomowiła, znalazła sobie ciepły kącik przy piecu i długo obserwowała ptaki z parapetu.
Masz szczęście, że zostałam, — mówiła Maria Romanowna, głaszcząc kota. — Inaczej byś tu zginęła.
Kotka odpowiadała czułym mruczeniem, przytulając się do właścicielki. Wydawało się, że już nie pamięta o swojej poprzedniej pani. Ale to nie było prawdą.
Wiosna nadeszła nagle — śpiew ptaków, kapuśniak, zapach roztopionej ziemi. A wraz z nią wróciła Nina Siergiejewna — opalona, z nową fryzurą i pełnymi torbami.
— Romanowna! — zawołała radośnie. — Moja kotka u ciebie?
— U mnie, — krótko odpowiedziała Maria, patrząc, jak Busia grzeje się na słońcu przy ganku. — No to dawaj! Wiosna przyszła — jak się umawiałyśmy.
Nina ruszyła w stronę domu, ale kotka, zobaczywszy ją, od razu zrobiła się cała na jeża i wbiegła do środka.
— Co to jeszcze za cyrk?! — zapłonęła Nina.
— A to, — odpowiedziała stanowczo Maria. — Teraz jest moja. Sama wybrała, u kogo chce mieszkać.
— Ale ja… — zaczęła Nina, ale zamilkła, spotykając zdecydowane spojrzenie sąsiadki.
— Porzuciłaś ją — zapomnij. Przyjęłam ją, teraz już nie jest twoja.
Z fuknięciem Nina trzasknęła furtką i odeszła. Po tygodniu przyjechał jej wnuk — wysoki chłopak imieniem Igor, z rozwichrzonymi włosami i żywymi oczami.
— Mogę wejść? — zapytał, zaglądając przez płot.
— Po co? — zdziwiła się Maria.
— Do Busi. Babcia powiedziała, że jest u was.
Od tego dnia chłopak zaczął przychodzić prawie codziennie. Najpierw — żeby pobawić się z kotem, potem — na herbatę z ciastem. Stopniowo spędzał u Marii coraz więcej czasu.
— U was tutaj… jakoś żywiej, — powiedział pewnego dnia. — A u babci — jak w muzeum. Wszystko ładne, ale nudne.
Maria westchnęła tylko. Jej dom był prosty, ale panowało w nim ciepło. A u Niny — tak, blask i porządek, ale żadnej duszy.
Nina początkowo milczała, potem zaczęła niechętnie patrzeć na wizyty wnuka. A kiedy zrozumiała, że on chętniej siedzi u sąsiadki niż u niej, urządziła scenę.
— Co ty widzisz w tej starej wiedźmie?! — krzyczała. — I w jej obdartej kotce?!
— Nie krzycz, babciu, — zmarszczył brwi Igor. — Ona jest miła. A Busia to piękna kotka.
— Miła?! Czyli ja jestem zła?
— Nie… po prostu nie jesteś taka, — odpowiedział, spuszczając wzrok.
I coś się zmieniło. Nina zaczęła wychodzić do ogrodu, posadziła kwiaty, zawiesiła karmniki. A pewnego wieczoru zapukała do drzwi Marii.
— Przepraszam, — powiedziała cicho. — Wtedy z Busią… nie miałam racji. Zawsze wszystko biorę na siebie, nikogo nie widzę.
— No, wchodź, — westchnęła Maria. — Zaparzymy herbatę, pogadamy.
Siedziały do późna — dzieliły się wspomnieniami, rozmawiały o życiu i błędach. Busia nagle wskoczyła na kolana Niny i zamruczała.
— Naprawdę wybaczyła? — szepnęła Nina, delikatnie głaszcząc kota.
— Czuje, że się zmieniłaś, — uśmiechnęła się Maria.
Od tej pory się zaprzyjaźniły. Nina nauczyła się piec ciasta, zaczęła częściej odwiedzać sąsiadkę, a Igor swobodnie biegał między dwoma domami, jakby żył w dwóch światach.
A pewnego lata Maria usłyszała krzyk:
— Romanowna, chodź szybko!
Na ganku u Niny drżał rudy kociak.
— Znalazłam go przy drodze. Był sam. Jak go zostawić? — mówiła Nina, zdając sobie sprawę, że historia się powtarza.
Kociak dostał imię Rudy. Okazał się czuły i towarzyski. Igor go uwielbiał, a Busia przyjęła go jak starsza siostra.
Teraz Nina była inna. Czytała o kotach, konsultowała się z weterynarzami. A jesienią wystawiła miski z karmą na podwórku.
— Dla kogo to? — zdziwiła się Maria.
— A może tu ktoś jeszcze jest. Niech zje, — wzruszyła ramionami Nina.
— To ty, Nina? — Maria klasnęła w dłonie. — Ta, która mówiła „jedna mniej — nie szkoda”?
— Nie, — uśmiechnęła się Nina, przytulając Rudego. — Ta już w przeszłości.
Tego wieczoru siedzieli wszyscy razem — dwie kobiety, chłopak i dwa koty. W domu pachniało ciastami i jabłkami, za oknami huczał wiatr, a w sercu było ciepło. Bo czasem nawet zwykły kot potrafi zmienić całe życie. Ważne tylko, żeby nie przepuścić tej szansy.







