Kiedy Jegor Iwanowicz wydawał za mąż młodszego syna, na wesele zebrała się cała wieś. Ludzie tutaj żyli zgodnie, w troskach i pracy, i takie wydarzenia zawsze wywoływały wielki entuzjazm – wesela na wsi zdarzają się teraz rzadko. Starszy syn wyjechał do miasta na studia i tam się ożenił, a młodszy, Iwan, po odbyciu służby wojskowej został w domu. Cała rodzina cieszyła się z tego: matka, ojciec, babcia i dziadek.

– Wszystko byłoby dobrze – szeptał po weselu Jegor Iwanowicz do swojej żony Lidii – ale tylko dziewczyna z miasta, może niepotrzebnie ją wziął…
– A czemuż to? – zapytała cicho żona. – Ładna, mądra, łagodna. Czego ci jeszcze potrzeba?
– Tak, jest ładna, ale nie nasza. Rozumiesz? Miastowa, do naszej pracy nieprzyzwyczajona, będzie książki czytać i jeździć do miasta na zakupy.
– Niech sobie żyją, teraz nie stare czasy, żeby tylko orać. Oboje pracują. On w tartaku, ona w przedszkolu. Nie my ich mamy uczyć – są sami mądrzy. Oby tylko spokój i zgoda w rodzinie były. Co ty, Jegoruszka… – powiedziała Lidia.
– No, zobaczymy. Najważniejsze, że mieszkają osobno i blisko. Dom po mojej babce im się przydał, nie na darmo go remontowaliśmy… – powiedział Jegor.
Czas mijał, młodzi zadomowili się w babcinym domku, snuli plany. Gdy tylko przyszła zima, Jegor Iwanowicz poszedł do lasu obejrzeć tropy zwierząt, zabrał ze sobą strzelbę. Następnego dnia zaprosił Iwana na polowanie.
Mężczyźni ciepło się ubrali i spędzili w lesie prawie cały dzień. Zadowoleni z polowania wrócili do domu. Jegor przyniósł dwa zające, a Iwan jednego. Zadowolony Iwan pokazał trofeum swojej żonie, ale ta od razu się rozpłakała.
– Co ci, Marino, to tylko zwykły zając. Wiesz, jakie są pyszne duszone w mleku? – próbował ją uspokoić Iwan.
– Och, nie mów tak, nie trzeba, nie mogę na to patrzeć. Jak ci nie żal? Biedny zajączek, co tu jeść? Boże drogi. To nie jest jedzenie. Kupimy mięso w sklepie, proszę cię, nie przynoś mi tego więcej. Nie mogę…
Łzy żony zrobiły swoje – Iwan przestał chodzić na polowanie, a strzelbę schował na strychu. I tak zrobiło się spokojniej na duszy. Ale wtedy Jegor się rozgniewał na synową:
– No proszę, zaczyna się. Wije sobie z chłopa sznurki, widzisz, zajączka jej szkoda – wyrażał swoje niezadowolenie wobec Lidii – A to przecież polowanie. My tu na wsi żyjemy. A Wanka się na nią patrzy… Phi.
– Nie twoja sprawa, sami zdecydują, co jeść, a czego nie. To już nie nasza rola. Jeśli ci się chce, chodź z sąsiadem, jak zawsze. Po co się czepiasz Wani? Kto z młodych teraz poluje? Nikt. Czas się zmienił. Nie ma głodu. Wszystko jest w sklepie… – uspokajała męża Lidia.
Jegor Iwanowicz się złościł, ale mądra żona go uciszyła i machnął ręką na Wanię.
Gdy przyszła wiosna, Jegor znowu zaczął marudzić. Ogródek, mówił, Iwan za mało przekopał. Synowa nie chce dużo sadzić. Kilka grządek zasiali i wystarczy.
– Jak to tak? – kłócił się z żoną. – Czy my tak żyliśmy? Wszystko mieliśmy swoje, a tu mieszka się na ziemi i tak mało sadzić?
— Co znowu? Co ci się znowu nie podoba? Och, Jegorze, zamilknij, proszę cię, bo jeszcze pokłócisz młodych. Wyjadą do miasta i zostaniemy tu sami, ty, ja i staruszkowie ze swoją «prawdą». Nawet wnuków nie poniańczymy…
Lidia aż się popłakała, a Jegor zamilkł. Wyszedł na ganek, zapalił papierosa i uznał, że żona ma rację. Tym bardziej, że w domu u Marinki panował porządek, wszystko lśniło czystością. A gotowała tak, że palce lizać.
— No, jeśli chodzi o gotowanie, to chyba cię nawet prześcignęła — śmiał się Jegor, gdy wracali z odwiedzin u syna.
A jednak Jegor postanowił zrobić synowej prezent. Wszyscy byli zaskoczeni jego upominkiem dla Mariny na ósmego marca. Przyniósł jej duży kosz przykryty tkaniną. Marina odsunęła materiał i aż krzyknęła. Patrzyła na nią mała, urocza kózka – biała i puszysta jak mleczna pianka.
— Ojej, Wania, popatrz, jakie cudo — zaśpiewała Marina, obejmując kózkę. — Ile ona ma?
— Ma tylko miesiąc, trzeba ją jeszcze poić mlekiem. Będziemy brać od sąsiadów — poradził Jegor Iwanowicz, zadowolony, że prezent przypadł Marince do gustu.
W domu Iwana zrobiło się zamieszanie. Marina poprosiła męża, by zrobił dla Penoczki — tak nazwała kózkę — zagrodę w kuchni, w dużym, szerokim pudle, póki jest jeszcze malutka. Teraz Marina karmiła swoją ukochaną mlekiem, dawała jej kasze, mieszanki, miękkie siano i warzywa.
— No jesteś sprytny — powiedziała kiedyś Lidia do Jegora — jednak «podbijałeś» serce synowej prezentem. Przyuczasz ją do pracy na wsi?
Zaśmiała się i objęła Jegora, a on się uśmiechnął i też ją objął.
— A jak ma inaczej poznać uroki wiejskiego życia? Widzisz, jak się ucieszyła. Niech się przyzwyczaja. Jeszcze nie raz cię zaskoczy. Dziewczyna ma potencjał…
Marina zaczęła zgłębiać temat hodowli kóz. Po miesiącu wiedziała już o nich prawie wszystko i sumiennie opiekowała się swoją kózką.
Pewnego dnia przyszła do teścia.
— Co się stało, Marino? — zdziwił się Jegor — Coś się dzieje?
— Mam do pana prośbę, Jegorze Iwanowiczu. Pan mi podarował kózkę. Teraz już wiem, że kozy to zwierzęta stadne, lepiej im w parze. Dlatego proszę, albo pan mi podaruje, albo my kupimy jeszcze jedną. Z Wanią zaplanowaliśmy na przyszły tydzień zrobić im zagrodę. Pasze też już mamy przygotowane. Proszę pomóc, pan zna przecież wszystkich dobrych hodowców kóz…
Jegor Iwanowicz aż zrobił wielkie oczy i nie mógł powstrzymać śmiechu:
— Słyszysz, żono? No i proszę, jak się sprawy potoczyły! Jedna kózka im nie wystarcza, chcą całe stado! — zaśmiał się głośno i z zadowoleniem, po czym skinął głową synowej:
— Siadaj, Marino Aleksandrownio! Pogadamy. Jasne, przywiozę jeszcze jedną. I pomogę Wani zbudować zagrody. Macie świetne podwórko, miejsca starczy, ale trzeba też zaplanować wybieg. Daj kartkę papieru. Rozrysujemy plan.
Lidia z zaskoczeniem, ledwo powstrzymując uśmiech, patrzyła, jak mąż i synowa pochylają się nad kartką i rysują plan przyszłego koziarni z wybiegiem.
— Oj, a jakie mleko będzie, Mariusiu — mówił Jegor Iwanowicz — A jakie sery będziemy robić…
Minął ponad rok. Kozy podrosły, Marina całe drugie lato chodziła z nimi po pastwiskach, przygotowała mnóstwo wiązek i siana. Na początku jesieni trzeba było kozy pokryć. Marina tak się przyzwyczaiła do swoich podopiecznych, tak dobrze poznała ich charaktery i zwyczaje, że z zapałem opowiadała wszystkim o swoich „koziółkach”.
— Słuchaj wspaniałej nowiny — Lidia wbiegła do domu i zwróciła się do Jegora — nasza Marinka jest w ciąży!
— Już dawno pora było — zawstydził się i ucieszył Jegor — No i dobrze, że zaczęła od kózki. Będą rodzić razem. Mleka starczy dla dziecka. A z kozami pomożemy! Póki ona z maluchem, my przejmiemy gospodarstwo.
— Oczywiście, jak nie pomóc! Sam podarowałeś, to teraz pomożesz! — roześmiała się żona — A to przecież nie takie wielkie gospodarstwo, kiedyś młode kobiety radziły sobie i z kilkoma krowami.
— Ale to były wiejskie kobiety, a ona miastowa — zauważył Jegor — Choć teraz to już nasza wiejska. Niepotrzebnie się martwiłem, dziewczyna ma głowę na karku.
— No tak, mnie nigdy nie namówiłeś na kozę, a synowej zrobiłeś prezent — uśmiechnęła się Lidia — No ale teraz wszyscy razem damy radę twoim kozom.
Gdy Marina urodziła córeczkę, w domu już było kozie mleko. Wszyscy byli szczęśliwi. A Jegor Iwanowicz zarządzał kozami. Spędzał z nimi prawie cały dzień, karmił, pielęgnował, a one chodziły za nim jak pieski. Młode sprzedał, zostawiając jeszcze dwie młode kózki do hodowli.
— Marina miała rację: kozy to zwierzęta stadne. Patrz tylko, ile mleka dają, nawet klienci przyjeżdżają z sąsiedniej wsi. Dochód!
— Byle tylko synowa i Wania nie mieli nic przeciwko — powiedziała Lidia — całą farmę założyliście. Ale skoro ci to sprawia radość, a Marina zaczęła już robić takie sery, to niech wam Bóg sprzyja. A ja będę zajmować się małą, cała do mnie podobna.
Marina uśmiechała się, patrząc na swoje kózki i na to, jak czuły stał się dla nich Jegor Iwanowicz.
— Nic nie szkodzi, niedługo Maszka podrośnie i podwoimy nasze stado — powiedziała. A Jegor Iwanowicz skinął głową:
— To wtedy trzeba będzie w letniej kuchni zrobić serowarnię. Już nawet mam plan narysowany. Pokażę ci?
Marina kiwnęła głową, a Lidia roześmiała się:
— No, wspólnicy się znaleźli… serowarnia, proszę bardzo!







