— Co?! — Róma aż się zakrztusił powietrzem. — Co ty zrobiłaś?!
Nika spokojnie zdjęła płaszcz, powiesiła go na wieszaku i spojrzała na niego uśmiechem jednocześnie łagodnym i lodowatym.
— Sprzedałam twoje ukochane autko. To samo, o które tak dbałeś, że myłeś je trzy razy w tygodniu, choć do pracy i tak nie jeździłeś… bo pracy przecież nie miałeś.

— Ty chyba żartujesz?! — Róma zerwał się z kanapy. — To była moja duma, mój samochód!
— No właśnie, twoja duma — powiedziała cicho Nika. — A długi… moje problemy. Uznałam więc, że czas to wyrównać.
— Ale jak mogłaś to zrobić bez mojej zgody?! — wrzasnął.
— Tak samo, jak ty wziąłeś kredyt na moje nazwisko bez mojej zgody. Pomyślałam, że skoro gramy w małżeństwo, warto przestrzegać zasad fair play.
Róma otworzył usta, ale przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie słowa. W końcu tylko ciężko usiadł i złapał się za głowę.
— Nie wierzę… Ty naprawdę… sprzedałaś ją?
— Tak, i jeszcze dostałam całkiem niezłą sumę — odpowiedziała Nika. — Starczyło, żeby spłacić twój „genialny” kredyt, i trochę zostało.
— Na co „zostało”? — spytał nieufnie.
— Na siebie. — Uśmiechnęła się szerzej. — Kupiłam sobie bilety do Barcelony. Wylatuję w środę.
— Co? — Jego głos zabrzmiał jak skrzek. — Sama?
— Sama. — Nika wzruszyła ramionami. — Dawno nie byłam sama. Zawsze miałam na głowie twoje problemy, twoją mamusię, twoje „jutro znajdę pracę”. Pomyślałam, że czas przypomnieć sobie, jak to jest mieć tylko swoje życie.
— Ale… a ja? — Róma wstał, rozłożył ręce. — Co ja mam teraz robić?
— Może w końcu znajdź pracę, jak obiecywałeś przez trzy miesiące — jej głos był spokojny, niemal miękki. — Albo idź do mamusi, niech ci kupi drugą zabawkę w kabriolecie.
— Ty mnie zostawiasz?! Po tylu latach?!
— Nie zostawiam, Róma. Ty sam się zostawiłeś, podpisując ten kredyt. — Nika sięgnęła po torebkę. — Ja po prostu wychodzę z tego cyrku.
W tej chwili drzwi otworzyły się i, jak na zawołanie, weszła Nadieżda Iwanowna, cała w perłach, z torbą — tą samą, kłującą luksusem torbą z krokodyla.
— O, a to co za teatrzyk? — zapytała wyniośle. — Słyszałam, że mój syn zrobił ci prezent, a ty znowu coś kombinujesz.
— Oj tak, pani Nadieżdo — uśmiechnęła się Nika z błyskiem w oku. — Prezent był wyjątkowy. Tylko cena okazała się wyższa, niż pani myśli.
— Ну, ну, не начинай! — machnęła ręką teściowa. — Это же просто сумка!
— Właśnie. Po prostu sumka. — Nika spojrzała na nią chłodnym wzrokiem. — Wie pani, ile takich „po prostu sumek” można kupić, jeśli nie żyje się cudzym kosztem?
— Co ty insynuujesz?! — oburzyła się Nadieżda Iwanowna.
— Nic, proszę pani. — Nika wzięła klucze ze stołu. — Po prostu mówię, że teraz będzie pani mogła sama za siebie płacić.
Róma zbladł. — Nika, nie rób tego…
— Już zrobiłam. — Spojrzała na niego z mieszanką smutku i ulgi. — Spłaciłam dług. Zamknęłam sprawę. I ciebie też.
Przeszła obok teściowej, która zamarła z otwartymi ustami, zatrzymując się tylko na moment w drzwiach.
— A torbę proszę trzymać mocno, pani Nadieżdo. Bo jeśli jeszcze raz ktoś w tej rodzinie będzie próbował kraść cudze pieniądze, następny prezent może przyjść w ratach… za wasz telewizor.
Z trzaskiem zamknęła drzwi za sobą.
Trzy dni później Nika siedziała w samolocie, patrząc przez okno na rozświetlone skrzydło. Czuła się lekka, jakby zostawiła cały ciężar tam, w mieszkaniu, w którym pachniało nie świeżą herbatą, lecz kłamstwem.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Rómy:
„Wróć, proszę. Mama płacze, ja nie wiem, co robić. Bez ciebie wszystko się sypie.”
Nika spojrzała na ekran, potem na stewardesę oferującą kawę.
— Cappuccino, proszę — powiedziała z uśmiechem i usunęła wiadomość.
Samolot oderwał się od ziemi, a ona pomyślała, że nigdy wcześniej nie czuła się tak spokojna.
Torba z krokodyla, prezent, dług, kłamstwa — wszystko zostało tam, na ziemi.
A jej własna zemsta — najdroższa — nie polegała na sprzedaży samochodu.
Polegała na tym, że w końcu kupiła sobie wolność.







