Łukasz obudził się na dźwięk dzwonka do drzwi. Serce zamarło — za oknem wciąż panował ten sam jesienny mrok, a zegar wskazywał wpół do szóstej rano.
Powoli podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer.
Nikogo.
Tylko mokry ślad na wycieraczce i mała szara koperta.
Dłonie mu zadrżały, gdy ją podniósł. W środku był pendrive i krótka wiadomość napisana markerem:
„Jeden z was kłamie”.
Usiadł przy biurku i włączył laptopa. Ekran zgasł na moment, po czym pojawił się czarny obraz i napis:
„Noc maturzystów, 2009”.

Trzęsąca się kamera, śmiech, muzyka, błyski światła. Schody. Krzyki.
Łukasz gwałtownie zamknął laptop.
Pot spływał mu po karku. W żołądku poczuł ciężki, znajomy ucisk.
Pamiętał tę noc.
Urywkami. Alkohol. Chaos. Klatka schodowa. Płacz. I coś, czego nigdy nie chciał nazwać.
Chwycił telefon i zadzwonił do Tomka.
— Dostałeś coś? — wyszeptał.
— Co? — ziewnięcie. — Łukasz, jest rano. O co chodzi?
— Koperta. Pendrive. Nie dostałeś?
Cisza.
Potem ciężki oddech.
— Dostałem — przyznał Tomek. — Ale myślałem, że to żart.
— Od kogo?
— Od kogokolwiek. Tylko nie od niej.
W tym momencie zadzwonił Marek.
Jego głos był napięty.
— Przyszedł mail — powiedział. — Anonimowy. To samo zdjęcie i nagranie.
— Jakie nagranie?
— Śmiech — urwał. — Jej śmiech. Łukasz… ona się śmieje. A przecież ona nie żyje.
— Nikt tego nie udowodnił — wtrącił Tomek.
— Nie znaleziono ciała — Marek prawie krzyknął. — Po prostu uznali, że zniknęła.
Zapadła cisza.
— Musimy się spotkać — powiedział w końcu Łukasz.
Wieczorem bar nad Wisłą był prawie pusty. Deszcz bił w szyby, światła miasta rozmazywały się w mokrym szkle.
Wyglądali, jakby nie spali od tygodni.
Łukasz położył kopertę na stole.
— Zaczęło się znowu — powiedział. — Ktoś wie.
Tomek nalał whisky.
— Tylko nie mów, że wierzysz w duchy.
— A jak inaczej wyjaśnisz listy, zdjęcia i nagranie?
— Może ktoś z archiwum. Albo ktoś, kto wie — Marek próbował zachować spokój.
— Albo ona — dodał Tomek ciszej.
To jedno zdanie wystarczyło, żeby zapadła cisza.
W telewizorze w rogu baru pojawił się krótki komunikat: pożar starego liceum na obrzeżach miasta.
Łukasz pobladł.
— To ta szkoła…
— Nie idź tam — powiedział Marek.
Ale Tomek już wstał.
Następnego dnia pojechał mimo wszystko.
Warsztat był zamknięty, ulice puste. Spalone mury szkoły sterczały jak kości.
Na ścianie ktoś napisał białą farbą:
„Pamiętasz?”
Telefon zawibrował.
„Nie odchodź”.
Podniósł głowę.
W korytarzu stała kobieta.
Jasny płaszcz. Długie włosy. Nieruchoma.
I ten śmiech.
Cichy. Zbyt znajomy.
Tomek cofnął się, potknął i uciekł.
Silnik zawył, gdy odjeżdżał spod szkoły.
Następnego ranka Łukasz dostał wiadomość:
„On widział”.
Tomek nie odbierał.
Wieczorem znaleziono jego samochód. Spalony.
Policja: wypadek.
Łukasz wiedział, że to nie był wypadek.
Zostali we dwóch.
On i Marek.
Spotkali się w jego mieszkaniu.
Ekrany komputerów rzucały zimne światło.
— Znalazłem kopię monitoringu — powiedział Marek.
Na ekranie: korytarz szkoły. Schody. Krzyki.
A potem — dziewczyna.
Czołga się.
Żyje.
Sięga po coś przy drzwiach.
— Ona przeżyła… — wyszeptał Łukasz.
Tej nocy Marek zniknął.
Zostawił tylko laptop.
Na ekranie pulsował napis:
„Teraz sobie przypomnieliście”.
Łukasz został sam.
Ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, był cichy śmiech za plecami.
I szept:
— Ty pamiętałeś najlepiej, Łukaszu.
Świt był szary.
Z okna jego mieszkania wypadła koperta.
Biała. Pusta.
Na odwrocie tylko dwa słowa:
„Koniec gry”.







