Zupa przelała się przez krawędź talerza, gdy Elina postawiła go przed Iwą. Dziewczyna nawet nie drgnęła — tylko poprawiła się na krześle, podwijając jedną nogę pod siebie. Na jej twarzy malował się wyraz znudzonej księżniczki, której podano nie to, czego oczekiwała.
Marek jadł w milczeniu, od czasu do czasu rzucając ukradkowe spojrzenia w stronę żony.
— Chleb — burknął w końcu. — I majonez.
Elina bez słowa rzuciła na stół paczkę majonezu. Przesunęła się po ceracie i stuknęła w łokieć Iwy. Dziewczyna skrzywiła się lekko, jakby ktoś dotknął jej brudnymi rękami.
— Dziękuję, ciociu Elino — przeciągnęła słodko. — Jakże troskliwie.

Marek prychnął.
— Słyszysz, Lino? Dziecko odnosi się do ciebie z życzliwością, a ty jak wilczyca. I jeszcze bez wstydu.
Elina ścisnęła krawędź stołu, aż zbielały jej knykcie. Miała ochotę cisnąć zupą w jego zadowoloną twarz, ale tylko ciężko westchnęła.
— Ona pocięła tę sukienkę specjalnie. Wiedziała, ile kosztuje. Wszyscy widzieli! Dwanaście tysięcy złotych, Marku! To nie była jakaś szmata.
— Znowu te pieniądze! — Marek odłożył łyżkę. — Zamieniłaś się w kalkulator, Lino. Wszystko liczysz metkami. A może dziecku trzeba uwagi, ciepła, trochę dobroci? Jej rodzice się rozwiedli! Przeszła przez piekło, a ty robisz sceny o kawałek jedwabiu. Szmatka.
Iwa zachichotała cicho i, patrząc Elinie prosto w oczy, zaczęła rozdrabniać chleb w talerzu. Powoli, z premedytacją ugniatała go palcami. Potem uniosła wzrok i bezgłośnie wyszeptała:
„Idioto”.
Krew uderzyła Elinie do skroni.
— Popatrz, co ona robi! — krzyknęła, wskazując na stół. — Ona się ze mnie śmieje!
Marek odwrócił głowę. Iwa natychmiast zmieniła wyraz twarzy — stała się bezradna, niemal zapłakana.
— Ja tylko chciałam, żeby zupa była gęstsza… mama tak robiła… nie chciałam…
Marek spojrzał na żonę z rosnącym znużeniem.
— Lino, dobrze się czujesz? Dziecko kruszy chleb do zupy, a ty widzisz w tym spisek. To już przesada.
Elina zamknęła oczy.
— To nie chodzi o pieniądze — powiedziała chrapliwie. — To szacunek do mojej pracy. Ona nie zniszczyła sukni… ona niszczy mnie.
Ale Marek już jej nie słuchał. Znów całą uwagę poświęcił Iwie. Dziewczyna grała perfekcyjnie — śmiała się cicho, pochylała się ku niemu jak do sprzymierzeńca.
— Wiesz — powiedziała, spoglądając spod rzęs — może ciocię źle traktują w pracy i dlatego się wyżywa…
Marek spochmurniał. Przetarł twarz dłonią.
— Boże, Lino… może po prostu jesteś zmęczona. Odpocznij, dobrze? I przestań robić sceny.
Elina zamilkła, ale w środku coś w niej pękało.
Wieczorem, gdy siedzieli przed telewizorem, zauważyła, jak Iwa dyskretnie dosuwa cukiernicę do kubka Marka i uśmiecha się pod nosem, gdy ten pije przesłodzoną herbatę. On nie widział — albo nie chciał widzieć.
Elina widziała wszystko.
Po trzech dniach z łazienki zniknęły jej perfumy.
Potem — drogie kolczyki.
W pokoju Marka znaleziono zniszczony pendrive, a na lustrze w sypialni ktoś szminką napisał: „Widzę cię”.
Iwa wszystkiemu zaprzeczała, szeroko otwierając oczy i przysięgając, że „ciocia zwariowała”.
W nocy z czwartku na piątek Elinę obudził szelest. Ciche kroki na korytarzu. I tłumiony śmiech.
Wstała. Otworzyła drzwi — i zamarła.
Iwa siedziała na podłodze przed jej szafą, przeglądając ubrania. W rękach trzymała nożyczki. Te same.
Dziewczyna nawet nie drgnęła.
— Znowu tworzysz? — zapytała spokojnie Elina. Jej głos był lodowaty. — Co teraz? Kurtka czy bielizna?
— Chciałam podszyć… — przeciągnęła leniwie Iwa. — I tak nigdy pani nie jest zadowolona.
Elina powoli podeszła, sięgnęła po czarny futerał z toaletki i wyjęła swoje nożyczki — długie, ostre.
Kucnęła przed dziewczynką.
— Patrz, Iwo. To jest narzędzie. Może tworzyć piękne rzeczy… albo ranić. Czujesz różnicę?
Iwa po raz pierwszy zawahała się. Jej spojrzenie uciekło w stronę drzwi.
— Idę spać — wyszeptała.
— Nie — odpowiedziała Elina cicho. — Porozmawiamy. Chciałaś uwagi? Masz ją.
Na korytarzu rozległy się kroki Marka. Pojawił się zaspany i zirytowany.
— Co znowu robicie? W środku nocy?!
— Zapytaj swojej siostrzenicy, co robiła w mojej szafie — powiedziała Elina.
Ale Iwa już grała.
Przytuliła się do niego i drżącym głosem wyszeptała:
— Ona przyszła z nożyczkami… mówiła, że jestem nienormalna… bałam się…
Marek odepchnął Elinę.
— Dość. Mam dość. Jutro pojedziesz do matki. Muszę od ciebie odpocząć.
Odprowadził Iwę do pokoju.
To była ostatnia noc, kiedy Elina spała pod jednym dachem z mężem.
Rano mieszkanie było ciche. Marek wyszedł do pracy. Iwa jeszcze spała.
Elina weszła do kuchni. Pusty zlew. Sucha filiżanka. Nożyczki na stole — jak przypomnienie.
Wzięła je do ręki i spojrzała na swoje odbicie w oknie.
Stała tam kobieta, która nie miała już nic do stracenia.
— Wojnę zaczęłaś ty, maleńka — wyszeptała. — Ale skończy się na moich warunkach.
Kiedy Iwa się obudziła, w domu pachniało kawą i wanilią. Na stole stał świeży tort — jej ulubiony.
Elina uśmiechnęła się łagodnie, niemal matczynie.
— Spróbuj. Dziś mamy dzień pokoju.
Iwa coś zrozumiała — ale i tak sięgnęła po łyżeczkę.
Słodki krem przykleił się do jej warg. Po chwili dziewczyna pobladła. Gorycz rozlała się po języku, oczy rozszerzyły się w przerażeniu.
Elina patrzyła na nią spokojnie.
— Próby manipulowania dorosłymi bywają niebezpieczne, Iwo. Wszystko ma swoją cenę.
Odwróciła się i podeszła do okna, ignorując ciche łkanie za plecami.
Poranne światło odbiło się w lustrze.
Widać było w nim kobietę, która wreszcie zaznała ciszy.
Koniec był prosty. Bez emocji.
Ale w duszy Eliny po raz pierwszy od lat zapanował długo wyczekiwany spokój.







