„Fuj, starucha w bikini”: jak postawiłam na miejscu bezczelnego zięcia na plaży
— Załóż chociaż pareo, bo straszysz ludzi swoją sylwetką — przeciągnął leniwie Witalik, przewracając się na brzuch i strzepując piasek w moją stronę. — Serio, mamo, w takim wieku jeszcze dwuczęściowy strój kąpielowy?
Dasha, nie odrywając się od telefonu, tylko milcząco przytaknęła mu na znak poparcia. Spokojnie poprawiłam ramiączko stanika i przypomniałam sobie poranne odbicie w lustrze: jak na swoje pięćdziesiąt dwa lata wyglądałam całkiem pewnie. Trzy treningi tygodniowo nie poszły na marne.
— I co dokładnie cię krępuje? — zapytałam lodowatym tonem, smarując się kremem do opalania i jakby nie zauważając jego drwin.
Witalik prychnął z nieprzyjemną pewnością siebie. Wyraźnie czerpał przyjemność z tego, że wokół jest dużo ludzi i można grać pod publiczkę.

Całe te wakacje opłaciłam sama: przelot, hotel, jedzenie, koktajle — wszystko, co do grosza. A on, jak zwykle, już trzeci rok „szukał siebie”, leżąc na kanapie i rozmyślając o tym, jak bardzo dusi go domowa rutyna. Podczas gdy Dasha pracowała na dwóch etatach, on wolał ważne rozmowy o losie i odpoczynek na cudzy koszt.
Witalik szczególnie lubił mówić głośno, gdy wokół byli widzowie. Wydawało mu się, że dzięki temu wygląda na dowcipnego i pewnego siebie.
— Wital, może pójdziesz po wodę? — poprosiła cicho córka.
— Zaraz, przecież gorąco. Niech lepiej mama się przejdzie, dobrze jej to zrobi — machnął ręką.
Powoli wstałam. Na plaży było głośno: dzieci się śmiały, mewy krzyczały, sprzedawcy przekrzykiwali się nawzajem. Idealne miejsce na mały finał — pomyślałam.
— Dasha, no powiedz jej, wstyd przecież! — kontynuował zięć już głośniej, wyraźnie licząc na uwagę innych. — Wszyscy patrzą!
On lubił się popisywać przy ludziach;
ja dawno przestałam reagować na jego manipulacje;
córka milczała, ale wyraźnie czuła się niezręcznie.
Zdjęłam lekką narzutkę i zostałam w jaskrawym turkusowym bikini. Witalik nawet uniósł się na łokciu, żeby jego kolejny żart wybrzmiał jak najgłośniej.
— Fuj, starucha w bikini! — krzyknął na całą plażę.
A potem odwróciłam się do niego plecami.
I w tej samej sekundzie jego śmiech urwał się. Zsunął się gwałtownie z leżaka i z głuchym uderzeniem runął w piasek, nieporadnie machając rękami.
Nie upadł z niezgrabności. Zaszokowało go to, co zobaczył na moich plecach.
Poprzedniego wieczoru weszłam do salonu na promenadzie, gdzie mistrz Nikita przez pół godziny starannie nanosił trwałą farbę przez szablon. Śmiał się do łez i nawet nie wziął pieniędzy, mówiąc, że taki widok zapamięta na długo.
Czarnymi, dużymi literami na moich plecach było napisane:
„WITALIK, TWOJA KOCHANKA SWIETA CZEKA NA ZAPŁATĘ ZA SAUNĘ. TEŚCIOWA WSZYSTKO WIE”.
Niżej, mniejszym drukiem:
„P.S. PIENIĄDZE NA WAKACJE ZABLOKOWAŁAM”.
Na plaży zapadła cisza, a potem ktoś parsknął śmiechem. Za nim zaczęli się śmiać inni.
— Mamo? — głos Dashy zadrżał.
Odwróciłam się z powrotem do nich i do ożywionej publiczności. Witalik próbował wstać, chwytając się ręcznika, ale tylko bardziej się plątał. Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie.
— To żart? — wychrypiał, wypluwając piasek. — Ty się chyba przegrzałaś!
Dasha spojrzała na mnie, potem na męża. I w jej spojrzeniu po raz pierwszy pojawił się nie chaos, lecz dziwny spokój, jakby spadł z niej ciężki ciężar.
— Swieta? — zapytała spokojnie. — To ta sama, którą nazywałeś „menedżerką do spraw logistyki”?
Witalik zbladł.
— Dasha, to bzdura, jakiś nonsens, fotomontaż! — zaczął się tłumaczyć.
Ja tylko się uśmiechnęłam. Jego telefon od dawna był zsynchronizowany z tabletem, który zostawił w domu. Konspirator z niego był marny.
Publiczność już się nie kryła ze śmiechem. Jeden mężczyzna nawet krzyknął: „Brawo!” i uniósł puszkę z napojem, jakby wznosił toast.
Dasha podeszła do mnie i wzięła pareo. Ale zamiast mnie okryć, skręciła je mocno w rulon.
— Naprawdę zablokowałaś kartę? — zapytała.
— Tak. I jego bilety powrotne też anulowałam — odpowiedziałam.
Witalik kompletnie się pogubił.
— Wy tak serio? Nie mam teraz ani grosza!
— Za to masz Swietę — powiedziałam spokojnie. — Niech ona kupi ci bilet. W końcu to jej działka — logistyka.
Dasha nagle się roześmiała — lekko, jakby z ulgą. Potem ostro klepnęła zięcia skręconym pareo po nogach.
— Wynoś się stąd. Natychmiast.
— Dasha, co ty…
— Wynoś się! — jej głos zabrzmiał tak twardo, że nawet mewy na chwilę ucichły. — Do pokoju nie wracaj. Rzeczy odbierzesz u recepcji.
Witalik rozejrzał się, szukając wsparcia, ale cała plaża była wyraźnie po stronie „staruchy w bikini”. Zerwał się, złapał klapki i, utykając, szybko odszedł wśród śmiechu wczasowiczów.
Kiedy wszystko ucichło, głęboko odetchnęłam. Plecy piekły już od słońca, a nie ze wstydu.
— Fajna czcionka — zauważyła Dasha, przyglądając się napisowi. — Gotycka, tak?
— Mistrz bardzo się starał — uśmiechnęłam się.
— A o Swiecie skąd wiedziałaś?
— Jego telefon był zsynchronizowany z tabletem — wyjaśniłam. — I tyle z jego tajemnic.
Znów rozłożyłyśmy się na leżakach. Wokół rozmowy stopniowo cichły, ludzie wracali do swoich spraw. Tylko blondynka obok puściła do mnie oko i pokazała kciuk w górę.
— Mamo, został jeszcze krem? — zapytała Dasha.
— Oczywiście.
Wycisnęłam trochę kremu na dłoń i zaczęłam smarować jej ramiona.
— A co teraz z Witalikiem? — zapytałam cicho.
Dasha spojrzała na morze i uśmiechnęła się.
— Niech dalej szuka siebie. Tylko tym razem na własny koszt.
Wieczorem poszłyśmy do hotelowej restauracji, zamówiłyśmy grillowaną rybę i butelkę wina. W pokoju nie było już Witalika — tylko samotna skarpetka pod łóżkiem przypominała o jego obecności.
Kiedy przyszło powiadomienie z banku o nieudanej próbie płatności, tylko uśmiechnęłam się z satysfakcją i zamówiłam dla nas największy deser. Czasem najlepszy odpoczynek zaczyna się wtedy, gdy w końcu przestajesz znosić cudzą bezczelność.
I tego dnia z Dashą dokładnie to zrozumiałyśmy.







