Zakręciłam kran i opręłam dłonie o umywalkę. Zimna woda nie była w stanie ugasić ognia, który palił mnie w środku. W lustrze zobaczyłam zmęczoną twarz, podkrążone oczy i zaciśnięte usta. To już dawno przestało być o naleśnikach, mące czy nieudanym poranku. Chodziło o granice — o to, że w moim własnym domu ktoś uznał, że nie mam nawet prawa spać.
Kiedy wróciłam do kuchni, Barbara stała przy blacie, nerwowo mieszając coś w misce. Jan siedział przy stole, udając, że czyta gazetę. Otworzyłam lodówkę, wyjęłam jogurt i spokojnie postawiłam go przed sobą.

— Co ty robisz? — rzuciła od razu Barbara. — Nie widzisz, że gotuję?
— Jem — odpowiedziałam cicho.
— Mogłabyś chociaż pozmywać naczynia! Spójrz na ten bałagan!
Spojrzałam na stos talerzy, doskonale wiedząc, że to nie ja go zrobiłam. Podniosłam wzrok i po raz pierwszy od dawna nie poczułam potrzeby tłumaczenia się.
— Barbara, ja niczego tu nie nabrudziłam.
Jan odłożył gazetę i spojrzał na mnie uważnie, jakby widział mnie po raz pierwszy.
— Słyszysz, jak ona się odzywa? — podniosła głos Barbara. — Jakbyśmy byli obcy w tym domu!
— Bo jesteście gośćmi — odpowiedziałam spokojnie.
W kuchni zapadła ciężka cisza. Słychać było tylko tykanie zegara na ścianie. Barbara zastygła z łyżką w dłoni.
— Co ty powiedziałaś?! — syknęła.
— To jest moje i Pawła mieszkanie. My za nie płacimy. Ja na nie pracuję. I nie będę dłużej traktowana jak służąca.
Jan chrząknął, próbując rozładować napięcie.
— Daj spokój, Barbara. Po co te nerwy? — powiedział pojednawczo.
— Nie, właśnie po to — odpowiedziałam. — Od trzech tygodni wchodzicie do sypialni bez pukania. Mówicie mi, kiedy mam wstawać, co robić, gdzie iść. Używacie moich rzeczy, mimo że prosiłam, żeby tego nie robić. I to się kończy. Teraz.
Barbara gwałtownie wstała.
— Paweł się o tym dowie! Zobaczymy, co powie, kiedy usłyszy, jak traktujesz jego rodziców!
— Doskonale — odparłam. — Zadzwonię do niego sama.
Wyjęłam telefon i bez wahania wybrałam numer Pawła. Odebrał po kilku sygnałach, wyraźnie zaskoczony.
— Co się stało?
— Stało się to, że twoi rodzice muszą się wyprowadzić. Dzisiaj.
Zapadła chwila ciszy, potem usłyszałam jego ciężkie westchnienie.
— Znowu się pokłóciliście?
— Nie. Podjęłam decyzję. I nie będę jej zmieniać.
Położyłam telefon na stole i włączyłam głośnik.
— Mamo, tato… — głos Pawła był zmęczony. — Może faktycznie lepiej będzie, jeśli wrócicie do domu.
Barbara teatralnie złapała się za serce.
— Słyszysz go?! Dla niej nas wyrzucasz?!
— Nikt was nie wyrzuca — odpowiedział Paweł. — Ale przekroczyliście granice.
Jan wstał powoli.
— Chodź, Barbara. Wygląda na to, że naprawdę nie jesteśmy tu mile widziani.
— Jeszcze pożałujesz — syknęła, pakując ostatnie rzeczy. — Zobaczysz.
— Być może — odpowiedziałam spokojnie. — Ale nie dziś.
Drzwi sypialni trzaskały, szuflady wysuwały się z hukiem, słychać było nerwowe kroki i zamek walizek. Ja siedziałam przy stole, jedząc jogurt. Po raz pierwszy od dawna bez ścisku w gardle.
Po godzinie Barbara pojawiła się w przedpokoju z walizką.
— Gotowe. Jedziemy.
— Szerokiej drogi — odpowiedziałam.
Jan skinął głową, nie patrząc na mnie. Drzwi zamknęły się za nimi głucho, ostatecznie.
W mieszkaniu zapadła nienaturalna cisza. Otworzyłam okno, wpuszczając chłodne, poranne powietrze. Usiadłam na kanapie i zamknęłam oczy. Telefon zawibrował. Wiadomość od Pawła: „Porozmawiamy wieczorem. Jestem po twojej stronie.”
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy tego dnia. Nie dlatego, że oni wyszli. Tylko dlatego, że ja w końcu zostałam.







