Iryna przed chwilą położyła swoją córkę Alisę spać. Już chciała sama położyć się odpocząć, ciesząc się ciszą przytulnego mieszkania. Miękkie światło lampki biurkowej tworzyło ciepłą atmosferę w salonie, gdzie na ścianach wisiały obrazy z krajobrazami i fotografie szczęśliwych chwil.

W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Melodyjny dźwięk dzwonka oznajmił, że ktoś przyszedł w odwiedziny. — Cóż, nie wyszło, — powiedziała dziewczyna z ironią w głosie i poszła otworzyć drzwi.
Na progu stała niska dziewczyna z krótkimi, jasnymi włosami i dużymi brązowymi oczami. Uważnie patrzyła na gospodynię, wyraźnie nad czymś myśląc.
— Słucham? — zapytała Iryna, lekko marszcząc brwi.
— O, przepraszam, — wytrzeźwiała z zamyślenia dziewczyna. — Mam na imię Jana.
— Miło mi, — odpowiedziała gospodyni, krzyżując ręce na piersi. — W czym mogę pomóc?
— Tak, tak, — kilkakrotnie powtórzyła dziewczyna. — Mam na imię Jana.
— To już wiem, — odpowiedziała Iryna z nutą irytacji w głosie.
— A pani to Iryna? — niepewnie zapytała gość.
— Zgadza się. I co chciałaś?
— Och, rozumie pani, — zaczęła wesoło mówić dziewczyna, — jestem narzeczoną Wiktora!
Iryna zdziwiona uniosła brwi, jej oczy szeroko się otworzyły z zaskoczenia.
„No proszę, mój uwodziciel, okazało się, że ma nową kobietę”, — pomyślała Iryna, już oceniająco przyglądając się Janie. — „Chociaż co mnie to obchodzi, kim ona jest?”
— Rozumie pani, chciałabym porozmawiać o moim mężu… o przepraszam, o moim narzeczonym, — kontynuowała Jana, nerwowo się uśmiechając.
— Wątpię, żeby mogła pani liczyć na moją pomoc, rozstaliśmy się, — odpowiedziała chłodno Iryna.
— Tak, wiem. Wiktor mi o tym mówił. Ale nie przyszłam się kłócić!
Iryna westchnęła w duchu: „A po co się kłócić? Nie jestem jego żoną, a ty kim jesteś, nie obchodzi mnie to wcale”.
— Chciałabym usłyszeć od pani, jaki on jest, mój Wiktor, — powiedziała Jana, wzdychając.
„Mój?” — ta myśl przemknęła przez głowę Irynie. — „Kiedyś był mój…”
— Dobrze, proszę przejść, — westchnęła Iryna.
Wpuściła nieproszoną gościa do szerokiego korytarza. Sama chciała się dowiedzieć, jak tam żyje Wiktor. Ostatnio w ogóle przestał do niej dzwonić, chyba tylko wysyła alimenty i to wszystko.
Iryna zagotowała wodę, zaparzyła w przezroczystym dzbanku płatki róży, postawiła na tacy dwie filiżanki, trochę ciastek i zaniosła wszystko do salonu.
Jana wnikliwie chodziła wzdłuż ścian, oglądając obrazy, szafki z książkami, dotykała ich. Wszystko ją ciekawiło.
— Pięknie tu u was! Duży pokój, sufity… A okna takie ogromne, a park! Od zawsze marzyłam o takim domu, — powiedziała z zachwytem Jana.
— A więc czego pani chciała ode mnie usłyszeć? — zapytała Iryna, kładąc tacę na stoliku.
— Tak, właściwie wszystko, — odpowiedziała Jana i podeszła do drzwi. — A tam co?
— Nie otwieraj! — stanowczo powiedziała Iryna. — Tam moja córka śpi.
— Ach tak, Wiktor mówił mi, że ma córkę. Jak się nazywa?
— Alisa, — padła krótka odpowiedź.
— Taaa, Alisa! — Jana obróciła się i podeszła do innych drzwi. I, nawet nie pytając o zgodę Iryny, otworzyła je i weszła do pokoju.
— Hej, dokąd?! — oburzyła się gospodyni i pobiegła za Janą.
— Chcę zobaczyć każdy pokój, — odpowiedziała lekkomyślnie gość.
— Proszę zamknąć i wyjść! — błagała Iryna.
— Dlaczego? — oburzyła się Jana. — To mój dom!
— Co?! — Iryna nie uwierzyła własnym uszom.
— Tak, to mój dom. Wychodzę za Wiktora za mąż, a on mi go daje. Więc… — Jana odwróciła się i spojrzała na Irynę badawczo. — Więc, kochana, musisz się wyprowadzić.
— Jesteś przy zdrowych zmysłach? — zapytała Iryna, ledwie powstrzymując gniew.
— Cóż mnie obchodzi, co teraz o mnie myślisz! Przyszłam, żeby zobaczyć, co mój narzeczony mi daje. Nie chcę potem trafić do jakiejś zapuszczonej rudery. A tu nic…
— Dość! Koniec tego cyrku, proszę opuścić dom! — zawołała Iryna.
— A ty mi nie rozkazuj! — odpowiedziała Jana i otworzyła kolejne drzwi.
Iryna podbiegła, szarpnęła ją za rękaw. Jana ledwie utrzymała równowagę, odleciała na bok. Gospodyni ostrożnie zamknęła drzwi.
— Wynoś się! — syknęła Iryna, czując, jak wzbiera w niej gniew.
— Ojej, jakie my! W każdym razie, kochana: daję ci dokładnie dwa tygodnie, potem się tu wprowadzam. Rozumiesz?
Na taką bezczelność Iryna była oszołomiona. Od dawna nie spotkała nikogo takiego.
— Wynoś się, — cicho, ale pewnie odpowiedziała Iryna, zaciskając pięści.
Tak, już idę. Powinnam zrobić jeszcze kilka zdjęć, ale trudno. Mam adres. Pa, pa!
Jana podbiegła do swoich butów, szybko je założyła i, nie czekając, aż ją kopną w tyłek, wybiegła na klatkę.
– Dwa tygodnie! – jeszcze raz krzyknęła dziewczyna i szybko pobiegła po schodach.
Irina zamknęła za nią drzwi i oparła się plecami, czując, jak trzęsą się jej kolana.
„Co to było?” – zapytała sama siebie Irina. – „Wiktor nie może tak ze mną postąpić, obiecał.. A może to tylko głupi żart jednej z jego Furii?”
Spojrzała na zegarek. Było już późno, ale Irina wiedziała, że teraz nie będzie mogła zasnąć. Musiała zadzwonić do Wiktora i dowiedzieć się, co się dzieje. Ale najpierw zajrzała do pokoju Alisy, upewniając się, że hałas nie obudził dziewczynki. Mała spała spokojnie, przytulając swojego ulubionego pluszowego misia, a Irina, patrząc na córkę, poczuła, jak do gardła podchodzi jej gula. Nie pozwoli nikomu zniszczyć ich spokojnego życia, zwłaszcza jakiejś wyluzowanej kobiecie, która wyobraziła sobie, że jest panią ich domu.
Okna bloków zaczynały się rozświetlać żółtawym światłem, a na ulicach zapalały się latarnie, rzucając dziwne cienie.
Irina biegała po pokoju. Jej smukłe ręce nerwowo poprawiały włosy, które wyskakiwały z fryzury. Myśli w głowie się plątały, a serce biło jak szalone. Nie mogła wyrzucić z głowy słów wypowiedzianych przez Janę – nową kochankę jej byłego męża.
Mieszkanie, w którym Irina mieszkała z córką Alisą, było pełne ciepła i przytulności. Miękka sofa z kolorowymi poduszkami, regały pełne ulubionych książek i zdjęcia szczęśliwych chwil na ścianach – wszystko to tworzyło atmosferę prawdziwego domu. Ale teraz ta idylla wydawała się Irinie krucha i niepewna.
Doskonale pamiętała umowę z Wiktorem: dopóki Alisa nie skończy szkoły, będą tu mieszkać. Ale oświadczenie jego rzekomej narzeczonej było straszliwym ciosem.
Nie mogąc już dłużej wytrzymać, Irina chwyciła telefon i, drżącymi palcami, wybrała numer do byłego męża, przyciskając słuchawkę do ucha. Po kilku sygnałach rozległ się znajomy męski głos:
– Co jest? – odpowiedział Wiktor bez powitania.
– Jak to rozumieć? – również bez wstępu wyrzuciła Irina, starając się mówić ciszej, by nie obudzić śpiącej w sąsiednim pokoju Alisy. – Przyszła do mnie jakaś twoja kolejna Furio i powiedziała, że mam się wynieść z tego mieszkania. Czy to jakiś twój debilny żart?
– Dobra, rozumiem, – odpowiedział Wiktor. – Tylko nie panikuj.
Irina przeszła do kuchni. Małe pomieszczenie, pełne starej, ale zadbanej meblości, zawsze wydawało się jej najprzytulniejszym miejscem w mieszkaniu. Teraz jednak czuła, jakby ją przygniatało.
– Nie panikować? – powtórzyła, starając się powstrzymać emocje, które rwały się na zewnątrz.
– Przecież sama dobrze wiedziałaś, że to mieszkanie nie jest twoje, – kontynuował Wiktor. – Dostałem je od matki przed ślubem, żebyśmy w nim mieszkali. Pamiętasz?
– Doskonale pamiętam, – odpowiedziała Irina. – To twoja matka dała nam to mieszkanie na ślub, żebyśmy w nim mieszkali. Ale ty uciekłeś, zostawiając mnie z córką. I jeśli się nie mylę, to obiecałeś, że nie będziesz mi przeszkadzał, dopóki Alisa nie skończy szkoły.
– Oj, zostaw obietnice, czasy się zmieniły, – próbował wyminąć Wiktor.
– Nie uchylaj się od odpowiedzi. Obiecałeś, – nalegała Irina.
– Tak, to prawda. Ale teraz to mieszkanie jest mi potrzebne, – odpowiedział zimno były mąż.
– Ty skurczycielu! – nie wytrzymała Irina, ale od razu wzięła się w garść, wiedząc, że to nie pomoże. – Ty obrzydliwy człowieku.
– No to co, będziemy się kłócić, czy coś postanowimy? – zapytał spokojnie Wiktor.
– Powiedz swojej Janie, żeby już więcej nie przychodziła… – zaczęła Irina, ale Wiktor przerwał jej.
– Nie, – odpowiedział stanowczo. – To mieszkanie jest mi potrzebne, i szkoda, że to ona rozmawiała z tobą pierwsza, a nie ja.
– A więc podwinąłeś ogon i wysłałeś swoją czarownicę do mnie? – warknęła Irina.
– Zostaw te obelgi. Proszę cię, wyprowadź się z tego mieszkania w ciągu dwóch tygodni, – równo powiedział Wiktor.
– Gdzie mam się wyprowadzić? – oburzyła się Irina. – Doskonale wiesz, że nie mam mieszkania.
– Wynajmiesz. Przecież wysyłam ci alimenty, nie małe. Na to można dobrze żyć, zapłacisz za całe mieszkanie, – oznajmił pewnie Wiktor.
– Tak się nie robi, Wiktor. Obiecałeś, – głos Iriny brzmiał jak błaganie.
– Przestań. Nie mam innego mieszkania, przynajmniej takiego. Więc dwa tygodnie wystarczą ci, żeby znaleźć sobie dom i się wynieść. Zrozumiałaś? – w głosie Wiktora zabrzmiały stalowe nuty.
– Nie, to ty nie rozumiesz. Tu mieszka twoja córka. Powtarzam – twoja córka, której nie odwiedzasz, której nie złożyłeś życzeń urodzinowych. Czy ty w ogóle o niej zapomniałeś?
W słuchawce zabrzmiały ciężkie westchnienia. Wiktor milczał przez kilka sekund, a potem zimno powiedział:
– Dwa tygodnie, – i rozłączył się.
Irina w bezsilności opadła na krzesło. Za oknem zapadały ciemności, a w jej duszy zbierał się mrok niepewności i strachu przed przyszłością.
Noc była nie najlepsza. Irina prawie nie spała, wciąż zastanawiając się, co teraz zrobić. Tak, mieszkanie nie jest jej, tak, Wiktor ma prawo ją wyrzucić, tak, płaci alimenty. Ale jeśli teraz wynajmie mieszkanie, to pieniędzy prawie nie zostanie. Irina nie wiedziała, co robić.
Zgaszone światło poranka przebijało się przez lekko zasłonięte firany, barwiąc pokój w szare odcienie. Irina mechanicznie poruszała się po kuchni, przygotowując śniadanie dla córki. Jej blada twarz i cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanej nocy.
Po nakarmieniu córki i przygotowaniach do spaceru, Irina usłyszała dzwonek do drzwi. Na progu stała Margaryta Władimirowna, matka Wiktora. Mimo rozwodu, teściowa prawie codziennie odwiedzała ich. Lubiła spędzać czas z wnuczką – chodziła z nią na spacery, kąpała ją, uczyła chodzić, a teraz zaczęła uczyć ją rysować i czytać.
Margaryta Władimirowna spojrzała na synową przenikliwym wzrokiem.
– Co z tobą? – zapytała teściowa, zauważając cienie pod oczami Iriny.
Dziewczyna ciężko westchnęła, zebrała odwagę i cicho powiedziała: – Wiktor mnie eksmituje.
– No, no, powiedz mi szczegóły – powiedziała Margaryta Władimirowna, biorąc wnuczkę na ręce, pocałowała ją w policzek i, wchodząc do salonu, usiadła w fotelu. – Co się stało?
Irina opowiedziała wszystko: jak przyszła Jana, jak oznajmiła, że teraz mieszkanie jest jej, jak dzwoniła do byłego męża i jak ten potwierdził słowa jego narzeczonej.
– Dwa tygodnie, tylko dwa tygodnie! A dokąd mam iść? – Irina rozłożyła ręce, patrząc na meble wokół siebie. – Co mam z tym zrobić?
Margaryta Władimirowna spuściła głowę. Chwilę milczała, potem wstała, podeszła do okna, patrząc, jak dzieci biegają po parku. Po chwili wróciła, a cicho powiedziała: – To prawo mojego syna. To jego mieszkanie, więc to on decyduje, co z nim zrobić.
– A Alisa? – przypomniała Irina teściowej.
– Nie wiem, – ciężko westchnęła kobieta. – Nie wiem, – powtórzyła i, podchodząc do wnuczki, pogłaskała ją po głowie.
– On obiecał, – przypomniała Irina słowa męża.
– Nie ma obietnic, których nie można złamać, – usiadła obok Alisy, spojrzała, jak dziewczynka rysuje, wzięła kredkę i coś poprawiła w jej rysunku.
– Zróbmy tak, a ty na razie się uspokój. Co Wiktor postanowił, nie wiem. On mnie nie informuje o tym, co się u niego dzieje, ani w interesach, ani w życiu. Ale wiesz co, – kobieta znów pogłaskała wnuczkę po głowie, – porozmawiam z nim.
– Dziękuję, – odpowiedziała Irina, nadzieja w jej głosie.
– Porozmawiam, – odpowiedziała Margaryta Władimirowna i ruszyła do wyjścia.
– Idziesz? – zapytała smutna Irina i poszła ją odprowadzić.
– Tak, muszę przygotować się do rozmowy, – odpowiedziała i założyła swoje buty. Otworzyła drzwi i dodała: – Muszę się przygotować.
Kobieta wyszła na klatkę, zostawiając Irinę z mieszanymi uczuciami nadziei i niepokoju. Ciężkie drzwi zamknęły się, a Irina została sama w mieszkaniu, które może wkrótce przestać być jej domem.
Margaryta Władimirowna wyszła na zewnątrz. Zimny jesienny wiatr natychmiast roztrzepał jej włosy, sprawiając, że poczuła dreszcze. Na chwilę stanęła, patrząc na opadłe liście, wirujące w powietrzu. To przypomniało jej dzień, kiedy zginął jej mąż Andriej.
To było tak dawno, że już ledwie pamiętała, jak wyglądał. Wtedy ich syn Wiktor miał tylko dwa lata. Margaryta znowu poczuła to uczucie zagubienia i bezradności, które ogarnęło ją wtedy. Nie wiedziała, co zrobić wtedy, tak jak teraz jej synowa nie wiedziała, co zrobić.
Kobieta powoli podeszła do swojego samochodu, otworzyła drzwi i usiadła za kierownicą. Wnętrze samochodu pachniało lawendą – ulubionymi perfumami Margaryty.
Patrząc na drogę przed sobą, przypomniała sobie, jak jej własna matka odwróciła się od niej w trudnym momencie. Jedyną osobą, która wyciągnęła pomocną rękę, była Jelena Olegowna, jej teściowa. To ona pozwoliła młodej wdowie z dzieckiem zamieszkać w swojej przestronnej kawalerce. A kiedy starsza pani zmarła, nieruchomość przeszła na własność Margaryty.
Kobieta zapięła pas bezpieczeństwa, wyjęła klucze i, wstawiając je do stacyjki, przekręciła. Silnik cicho zamruczał.
– Źle postępujesz, – powiedziała, zwracając się do niewidzialnego rozmówcy. Jej głos brzmiał z wyrzutem i rozczarowaniem. –
— Liczyłaś? — zapytał Victor, jego twarz pobledła.
— Przecież jestem założycielką. Mam pełny dostęp do twojej księgowości. Wiem, na co wydajesz pieniądze, ale dziwi mnie to, że podrabiasz moje podpisy.
— Mamo, to, że jestem twoim założycielem, to wszystko.. fi..
Kobieta nie wytrzymała i uderzyła dłonią w stół.
— Zamknij się, — powiedziała twardo. — Jeszcze jedno słowo, a cię zwolnię.
— Co? — twarz Victora zaczerwieniła się, podczas gdy twarz Jany, wręcz przeciwnie, pobladła jeszcze bardziej.
— Jestem założycielką tych dwóch firm, które przynoszą ci pieniądze. Wiem, ile naprawdę zarabiasz i ile przelewasz Irinie. Dlatego moja propozycja jest prosta: załatw darowiznę na Irinę i od przyszłego miesiąca czterokrotnie zwiększ kwotę alimentów. W przeciwnym razie..
— W przeciwnym razie co? — zapytał jej syn, już ze złością.
— Pierwsza opcja, — odpowiedziała Margarita Władimirowna, — zwolnię cię. Druga opcja — napiszę na ciebie doniesienie na policję. Wybieraj, która ci bardziej odpowiada.
Victor odchylił się na oparcie fotela. Wiedział, że unikając podatków, sam wpędził się w pułapkę. Tak, to pomogło mu ukryć dużą część dochodu, a do tej pory matka nigdy mu nie sprzeciwiała.
— Viktor, — wymamrotała drżącym głosem Jana.
— Milcz, — odpowiedział chłodno.
Margarita Władimirowna wzięła torebkę, wyjęła zwiniętą teczkę, położyła ją na stole, a potem zaczęła stukać palcami.
— Jest tutaj wystarczająco dużo informacji, żeby się tobą zainteresowali, — powiedziała, patrząc synowi prosto w oczy.
Oczy Victora stały się szkliste. Nie myślał, że jego matka kiedykolwiek go zdradzi.
Kobieta wzięła teczkę i schowała ją z powrotem do torebki, a potem wstała i, dziękując Viktorowi za to, że przyszedł, spokojnie wyszła, zostawiając za sobą ślad drobnych, drogich perfum i ciężką atmosferę napięcia.
Kilka dni później Margarita Władimirowna, już z przyzwyczajenia, podeszła do znajomych drzwi. Naciśnięła dzwonek, a gdzieś w głębi mieszkania rozległ się radosny okrzyk jej wnuczki.
— Malutka, — powiedziała z uśmiechem starsza kobieta.
Drzwi otworzyły się, a jej synowa, Irina, wpuściła teściową do domu.
— Babcia! Babcia! Babcia! — z radością rzuciła się na szyję Margaricie Władimirownej mała dziewczynka z złocistymi loczkami.
— Moja łapusia, — wzięła Alisę na ręce, Margarita Władimirowna pocałowała dziewczynkę, wdychając jej dziecięcy zapach.
— Pójdziemy na spacer? — zapytała babcia wnuczkę, podziwiając jej promienną twarz.
— Tak! — krzyknęła głośno dziewczynka i, zeskakując z rąk babci, pobiegła się ubierać, tupiąc małymi nóżkami po parkiecie.
Margarita Władimirowna odwróciła się do synowej, patrząc na nią uważnym wzrokiem.
— No to jak, jak się czujesz? — zapytała gospodarza domu, zauważając cienie pod jej oczami.
— Okropnie, — odpowiedziała Irina i, wchodząc do salonu, rozłożyła ręce.
Teściowa poszła za nią. Prawie wszystkie szafy były puste, a wzdłuż ścian piętrzyły się góry pudełek. Słoneczne światło, wpadające przez nie do końca zasunięte zasłony, oświetlało bałagan panujący w pokoju.
— Ojej, nie myślałam, że będzie tego aż tak dużo, — gwizdnęła Margarita Władimirowna.
— Ja też nie myślałam, że tego tak dużo uzbiera się, — westchnęła Irina, przejeżdżając ręką po włosach.
— No dobrze, ale to ty jesteś bohaterką, — pochwaliła ją teściowa.
— Teraz ubiorę Alisę, — zaczęła się krzątać Irina.
— Poczekaj, — zatrzymała ją Margarita Władimirowna. Otworzyła swoją torebkę i wyjęła kilka kartek, podając je synowej. — Weź, — powiedziała, a sama poszła pomóc wnuczce się ubrać.
Irina wzięła kartki i zaczęła je uważnie czytać. Nie zauważyła, kiedy po jej policzkach popłynęły łzy. Podeszła do Margarity Władimirownej, objęła ją i cicho wyszeptała:
— Mamo… dziękuję ci bardzo.
— Mamo? — zdziwiła się Alisa i spojrzała na swoją babcię swoimi wielkimi brązowymi oczami.
— Tak, córeczko, mama, — odpowiedziała Irina i jeszcze mocniej przytuliła się do kobiety.
— Nigdy bym nie pozwoliła, żeby moja wnuczka była skrzywdzona, — powiedziała miękko Margarita Władimirowna, głaszcząc synową po plecach.
— Dziękuję, — odpowiedziała Irina, starając się nie rozpłakać, wycierając oczy.
— No to co, idziemy na spacer, czy nie? — zapytała Margarita Władimirowna, próbując rozładować napiętą atmosferę.
Alisa od razu krzyknęła:
— Tak!
Irina podeszła do pudełka, otworzyła je i, wyciągając z niego zniszczonego pluszowego misia — ulubioną zabawkę Alisy, — postawiła go z powrotem na półkę. Promień słoneczny, który przedostał się przez zasłony, oświetlił pyszczek misia, jakby witając go z powrotem w domu.







